Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winona Breckenridge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Winona Breckenridge. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 marca 2018

Od Winony CD Dirka

Zanim Winona zrozumiała, że w wieczór zabawy najlepiej siedzieć w pustym dormitorium i usiłować zasnąć mimo trzęsącego się w posadach zamku, marzyła o zaproszeniu na bal. Była to głupia wizja dwunastoletniej dziewczynki, która nie rozumiała jeszcze, że jej specyficzne zachowanie i niezbyt pochlebna reputacja skutecznie odstraszą wszystkich potencjalnych partnerów do tańca.
Wszystkich poza Dirkiem.
Winona uniosła wysoko brwi i zamrugała kilka razy zdezorientowana. Cofnęła się nieco, po czym zmierzyła chłopaka wzrokiem jakby sprawdzając czy nic w jego wyglądzie nie wskazuje przypadkiem na postradanie zmysłów. Poza tym że był kompletnie blady i zdziwiony chyba w tym samym stopniu co ona, wyglądał raczej normalnie.
- Mówisz poważnie? - zapytała Winona wciąż nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
Dirk pokiwał twierdząco głową.
- Dobrze - rzuciła jakby od niechcenia i na powrót zatopiła się w lekturze. To znaczy chciała się zatopić, ale jej myśli odpłynęły już w zupełnie innym kierunku. Wydostały się przez szparę w drzwiach biblioteki i pognały korytarzem. Wspięły się po stromych stopniach, omiotły kilkoro idących donikąd uczniów, aż w końcu dotarły do dormitorium i wślizgnęły w wnętrzności starego kufra stojącego pod łóżkiem Winony. Kufra na którego dnie leżał jej obecnie największy problem. Jej sukienka.
.

Dzień balu, dokładnie 18:56. Winona stała przed lustrem w opustoszałym już dormitorium i zastanawiała się jak właściwie doszło do tego, że wyglądała tak jak wyglądała. Może to przez eksperymenty z niebieską sukienką, którą matka przysłała jej w wakacje i która początkowo zwierała zdecydowanie za dużo koronek i wstążek. Winona postanowiła się ich pozbyć, przez co musiała powiększyć dekolt, zredukować rękawy do wąskich tasiemek zawieszonych na kościstych ramionach oraz skrócić całą sukienkę, tak że ledwo zakrywała jej kolana. Zabiegów tych nie przeprowadziła jednak pewna ręka i jasne było już na pierwszy rzut oka, że pierwotnie strój wyglądał zupełnie inaczej. Tę niekontrolowaną katastrofę dopełniały włosy, które kręciły się bardziej niż zwykle, a także zbyt mocno podkreślone kredką, oczy.
Ostatecznie jednak - jak to każda nastolatka - Winona stwierdziła, że w tym wszystkim najgorsza jest tak naprawdę jej twarz i cała sylwetka i lepiej by było chyba od razu skoczyć z okna oszczędzając innym uczniom wątpliwej przyjemności patrzenia na nią podczas balu. Nagle coś uderzyło w szybę. Winona myślała, że zaraz zobaczy zdezorientowaną sowę awanturującą się o zamknięty kanał komunikacyjny, ale zamiast tego jej oczom ukazał się skrzat z czapką kucharską na głowie, który przeklinał co sił, rozmasowując sobie czoło.
Winona podeszła do okna i otworzyła je szybkim gestem. 
- Głupi uczniowie! Głupie kobiety! Żeby zamykać się w taki ładny wieczór! Szybo, ty mugolski pomiocie! - wrzasnęło stworzenie wymachując zaciśniętą pięścią.
- Co ty tu robisz? - zapytała poważnie zdziwiona Winona.
- No jak to co Skrzypłocz robi? Jak to co? Nie widać? - denerwował się skrzat.
- Nie, nie do końca.
- Oczywiście, bo jak już Skrzypłocz robi coś dobrego to od razu wszyscy ślepi - oburzyło się stworzenie. - Skrzypłocz umyj patelnie, Skrzypłocz upiecz ciasto, Skrzypłocz zanieś profesor Chadwick kawę. I Skrzypłocz robi co mu mówią, a później i tak narzekają, że Skrzypłocz to skończony leń, zakuta pała, dwie lewe ręce, matka ogr, syn szlama.
- Dobrze, dobrze, spokojnie. - Winona starała się opanować szalejącego ze złości skrzata. - Po prostu powiedz o co chodzi.
- Skrzypłocz znalazł rzeczy Przyczajacza.
Winona otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia.
- Ale gdzie?
Skrzat uniósł koślawy palec do góry.
- Na dachu.
.

Czy w momencie podejmowania decyzji Winona zdawała sobie sprawę, że Dirk czeka na nią zniecierpliwiony w Holu?
Nie. Zapomniała o tym.
Czy w momencie podejmowania decyzji była świadoma zagrożeń jakie decyzja ta z sobą niosła? 
Zupełnie nie.
Czy w momencie podejmowania decyzji w ogóle myślała trzeźwo?
Ani trochę.
Jedyna rozsądna decyzja dotyczyła włożenia pary butów do torebki, którą następnie przewiesiła przez ramię. Chwilę później Winona wyszła już na dach przez okno mansardy i na bosaka podążyła za Skrzypłoczem. Skrzat był ewidentnie bardzo dumny, że jego znalezisko tak poruszyło dziewczyną.
- To daleko? - zapytała nagle kurczowo trzymając się parapetu okna.
- Nie, gdzie. Zaraz będziemy na miejscu.
To "zaraz" trwało prawie dwadzieścia minut i polegało na schodzeniu po specjalnych drabinach zamontowanych zapewne całkiem niedawno przez woźnego oraz próbie utrzymania równowagi kiedy przechodzili niedaleko brzegu dachu. Serce Winony zachowywało się tak jakby miało zaraz wyskoczyć jej z piersi. 
Ostatecznie trafili w okolice zachodniej wieży i wówczas dziewczyna to zobaczyła. Porozrywane na strzępy ciała skrzatów walały się tu i ówdzie, a niebieskie dachówki pokrywała warstwa zaschniętej krwi. Winona poczuła, że zbiera jej się na wymioty.
- Nauczyciele byli tu godzinę temu. Skrzypłocz podsłuchał rozmowę. - W oczach skrzata pojawiło się przerażenie. - To rzeczy Przyczajacza.
Winona podeszła bliżej i zobaczyła, że na ścianie wieży widnieje jakiś ciemny runiczny napis.
- Co to oznacza?
- A co Skrzypłocz jest ekspertem? Od kiedy? 
Winona stała chwilę bez ruchu usiłując zapamiętać wszystkie symbole by móc je później przy okazji przetłumaczyć. 
- Myślę, że możemy iść - powiedziała po chwili.
- I co Skrzypłocz jest najlepszy prawda? Skrzypłocz szybko znajduje poszlaki nie co ten...
- Dirk! - krzyknęła nagle Winona przypomniawszy sobie o nim.
- Tak, tak ten Dkirk, Krid, Drk... - usiłował wykrztusić skrzat wciąż przekręcając imię chłopaka. - No ten złodziej! Ten pożeracz babeczek dyniowych.
Winona nie słuchała go jednak dłużej tylko popędziła ku drabinie prowadzącej na dach Holu. Niestety kiedy już się tam znalazła nie potrafiła odszukać wzrokiem kolejnej tym razem umożliwiającej zejście na ziemię. Dziewczyna biegała zdesperowana wzdłuż krawędzi i wówczas go zobaczyła.
Około piętnaście metrów niżej - a może nawet i więcej - rozmawiała grupka uczniów w odświętnych strojach. Śmiali się, dyskutowali o czymś zażarcie, a wśród nich stał nie kto inny jak Dirk Gently.
Winonę wmurowało. Musiała się szybko dostać na ziemię, teraz, zaraz, nim ktokolwiek ją zobaczy łącznie z Dirkiem.
Wówczas odezwał się Skrzypłocz. Odezwał to nawet zbyt łagodnie powiedziane, bo w rzeczywistości skrzat rozdarł się na całe gardło.
- Dokirk Genotellyty! Ty babeczkowa świnio!
Wszyscy zaczęli rozglądać się zdziwieni łącznie z Dirkiem, którego fart chciał, że wzrok padł dokładnie we właściwie miejsce. Nawet z tak dużej odległości Winona dostrzegła jak na jej widok chłopakowi opadła szczęka i bynajmniej nie chodziło tu o strój, który miała na sobie.
- Ja cię dopadnę! Wybiję ci zęby moją chochlą! - krzyczał dalej Skrzypłocz mimo usilnych protestów Winony. Kilkanaście metrów poniżej ludzie zaczęli rozglądać się jeszcze bardziej gorączkowo niż wcześniej, ale nagle Dirk też coś wrzasnął i wszyscy mimowolnie spojrzeli wprost na niego. Ta szalona akcja trwał sporą chwilę kiedy to chłopak robił z siebie idiotę by nikt nie zobaczył jak ubrana w niebieską sukienkę dziewczyna stała na dachu Holu i z całej siły potrząsała skrzatem, który już na całe gardło śpiewał: "Udusić, podsmażyć, przyprawić do smaku, Dikrokok Gonttety będzie dziś jako przystawka do obiadu." 
Ostatecznie jednak skrzat rozpłynął się w powietrzu kiedy Winona wyjęła różdżkę.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą i podeszła do krawędzi dachu. Wiedziała, że jest tylko jedna droga na dół. 
Skoczyła.
.

Winona wyszła z krzaków niedaleko Holu i zaczęła otrzepywać się z ziemi i liści, które mimo złagodzenia upadku odpowiednim zaklęciem, przyczepiły się do jej ubrania. 
- Kobieto ty żyjesz! - powiedział Dirk pojawiając się tuż obok dziewczyny.
Winona wiedziała, że wygląda nader żałośnie w swojej śmiesznej kreacji uzupełnianej teraz licznymi siniakami i otarciami, których nabawiła się podczas łażenia po dachu. Grupka mijających ich uczennic zmierzyła rudowłosą lodowatym wzrokiem, po czym wybuchnęła gromkim śmichem.
- Jestem żałosna - wyrzuciła Winona ocierając krew z rozciętego policzka.

<Dirk/Dokirk Genotellyty? :D >

czwartek, 15 marca 2018

Od Winony, CD Dirka

obliviate.
Obliviate.
Obliviate.
Winona potrząsnęła energicznie głową starając się tym samym uspokoić spienione fale myśli. 
- Znalazłaś już coś? - odezwał się nagle jakiś głos. Dziewczyna uniosła wzrok i napotkała pytające spojrzenie wciąż bladego jak ściana, Dirka obładowanego ciężkimi tomami.
Ostatnie godziny spędzili w bibliotece ślęcząc nad stertą książek o magicznych stworzeniach i przeczesując całe rozdziały poświęcone istotom potrafiącym zmieniać kształt, ale żaden opis nie pasował do tego co spotkali w podziemiach szkoły.
W ciągu ich poszukiwań, Parrish dał kilka razy subtelnie znać, że nie podoba mu się obecność dwóch wagarowiczów, jednak kiedy zrozumiał, że nie zamierzają wrócić na lekcje mimo jego uprzejmych próśb, rozsiadł się za swoim biurkiem i tylko zerkał na nich ukradkiem z irytacją wymalowaną na twarzy.
- Nie, tu nic nie ma. - W powietrze wzbił się tuman ciężkiego kurzu, gdy Winona z impetem zamknęła czytaną jeszcze chwilę temu, książkę. Dirk zakaszlał głośno i opadł na krzesło obok dziewczyny. Oczy mieli oboje nieco spuchnięte, a Winona wyczuwała nawet pod powiekami drobny piasek. Nie spała dobrze przez ostatnie dni, jakby jej organizm przeczuwał, że to stworzenie wciąż gdzieś grasuje po szkole i tylko czeka by móc kogoś dopaść i rozszarpać.
- Może poszukamy w archiwach szkoły? - zaproponował Dirk.
- O, tak na pewno ktoś zostawił tam notatkę o krwiożerczej bestii z lochów, która wcina skrzaty, żeby każdy uczeń mógł sobie przeczytać o...
- Mam! - krzyknął nagle Dirk i wstał tak gwałtownie, że Winona z donośnych hukiem, spadła ze swojego stołka uderzając przy okazji plecami o stojący obok stół. Przed oczami zatańczyły jej czarne plamki. - Oj, przepraszam. - Pomógł dziewczynie wstać, po czym pognał jak na złamanie karku do Parrisha. - Potrzebuję dostępu do ksiąg zakazanych. - Wyrzucił z siebie, uderzając z impetem o biurko mężczyzny, w którego oczach zapłonęła żądza mordu.
- Za takie zachowanie mogę ci co najmniej załatwić tygodniowy szlaban, Gently - wysyczał.
- Chyba pan nie zrozumiał, to dla nas sprawa życia i śmierci. Najpierw książki, a później może znajdziemy oboje tak z trzy dni na szlaban. Albo może nawet i ze cztery, no nie wiem.
- Gently! - krzyknął Parrish.
- Nie wiem jak będzie z tym testem z transmutacji, a raczej wolałbym się na niego dobrze przygotować.
- Gently! - powtórzył nauczyciel.
- Tak dam panu znać do wtorku, najpóźniej do środy.
Nim Parrish zdążył na dobre stracić swoją cierpliwość i zatłuc Dirka jednym z grubych tomów leżących na jego biurku, Winona wtrąciła się do rozmowy, o ile tę wymianę zdań w ogóle można było takim mianem określić.
- Potrzebujemy książek o magicznych istotach, najlepiej jakiś niebezpiecznych.
Nozdrza Parrisha falowały gniewnie, ale żar wściekłości palący się w jego oczach nieco przygasł.
- A po co wam to? O ile dobrze wiem oboje nie rozszerzacie opieki nad magicznymi stworzeniami.
Zapadła chwila okropnej ciszy wciągu, której Winona i Dirk popatrzyli na siebie z przerażeniem. Co mieli mu niby powiedzieć? Że po szkole biega dziwna istota zajadająca skrzaty? Że to oni ją wypuścili? Nie, już dawno wykluczyli taką możliwość. Nie mogli o tym powiedzieć żadnemu nauczycielowi.
- My... - zaczął niepewnie chłopak.
- Mojego ojca coś zabiło. Jakieś dziwne stworzenie. - Parrish i Dirk obdarzyli Winonę tym samym zdziwionym spojrzeniem. - Chciałabym się w końcu dowiedzieć co to było.
Twarz mężczyzny gwałtownie spoważniała. Odchrząkną znacząco, poprawił marynarkę i jeszcze raz popatrzył na dwoje wagarowiczów.
- Niestety, ale nie dysponuję takimi książkami. Profesor Willoughby trzyma je wszystkie u siebie i rozdaje uczniom z rozszerzenia jeśli zajdzie taka potrzeba. Musicie się więc zgłosić do niego. Może wam pomoże.
Winona i Dirk gwałtownie zbledli.
.

- Chodziło głównie o to że sklątka tylnowybuchowa chyba troszkę boi się zaklęcia aquamenti nawet jeśli jest rzucone przypadkowo i w nią nie skierowane. Chociaż gdyby w podręczniku była o tym jakaś wzmianka to pewnie uważałbym bardziej, a nasz drogi pan profesor nie musiałby hodować sobie nowych brwi - tłumaczył gestykulując z przejęciem, Dirk. Wyszli już z biblioteki i kierowali się właśnie w kierunku dormitoriów. - I tak oto ja i Willoughby nie darzymy siebie nawzajem szczególną sympatią, chociaż w sumie to ja go wciąż lubię, on natomiast mnie już niekoniecznie. 
- Tylko pozazdrościć - skwitowała Winona drapiąc się po karku. 
- A ty nie możesz do niego pójść żeby zapytać o te książki?
- Cóż, nie wiem czy gdybym była nauczycielem to pożyczyłabym coś tak cennego, wagarowiczowi. - Winona zaczerwieniła się nieco. - Opuszczałam każdą możliwą lekcję ONMS.
- Aha, rozumiem. - Dirk niespodziewanie się zatrzymał. - Czyli znów jesteśmy w dupie.
- Wciąż możemy wypytać skrzaty w kuchni, ale ja nie wiem jak do niej trafić.
- Tak się składa, droga koleżanko, że właśnie rozmawiasz z kimś kto wie. - Dirk mrugnął do niej porozumiewawczo i ruszył w przeciwną stronę. - Proszę za mną. 
.

Gdy tylko przekroczyli próg kuchni - ukrytej za lustrem niedaleko klasy do historii magii - wszystkie skrzacie pary oczu zwróciły się wprost na nich. Zamarła głucha cisza, aż nagle jedno ze stworzonek wrzasnęło na całe gardło:
- To Dirk Gently! 
Skrzaty jak na rozkaz chwyciły za różnego rodzaju patelnie, talerze i chochle, a któryś stojący nieco z tyłu usiłował nawet podźwignąć koślawy taboret, po czym stworzenia stanęły w bojowym szyku chroniąc suto zastawiony stół.
- Miło was znowu widzieć - powiedział Dirk szeroko się uśmiechając.
- Złodziej - krzyknął jeden ze skrzatów ubrany w pozszywane ze sobą rękawice do pieczenia.
- Jaki znowu złodziej. Raz w pierwszej klasie zabrałem wam kilka babeczek dyniowych - bronił się Dirk.
- Złodziej i kłamca - nie ustępowało stworzenie.
- No dobra, w drugiej przyszedłem jeszcze po ciasto, ale naprawdę byłem strasznie głodny. To mi uratowało życie, przysięgam.
- Kłamca! - wrzasnęła skrzatka tłukąc z wściekłością drewnianą łyżką w głowę sąsiada.
- To już przecież wszystko - zarzekał się chłopak.
- Dirk - Winona położyła mu rękę na ramieniu. - Może ja będę mówić, co?
- Jak sobie chcesz, ale jak cię oskarżą o coś czego nie zrobiłaś to nie moja wina.
- Potrzebujemy waszej pomocy i nie jest to w żaden sposób związane z jedzeniem jakie przygotowujecie, a raczej z jedzeniem jakim wy się stajecie dla czegoś co grasuje po szkole. - Głos Winony drżał lekko, ale wiedziała, że musi mówić. Skrzaty były ich jedyną nadzieją.

<Dirk?>

środa, 14 marca 2018

Od Winony, CD Finnicka

- Prawie pół godziny spóźnienia. To żenujące, Prescott - rzuciła mocno poirytowana Winona na widok nadchodzącego Finnicka. Był zdyszany, a po zsiniałych ustach i mocno zaczerwienionych dłoniach, dziewczyna szybko zorientowała się, że musiał spędzić trochę czasu poza zamkiem, najpewniej zabawiając się ze swoimi znajomymi. 
- Dyrektor Chadwick czy to pani? Wygląda pani dzisiaj jakoś młodziej. Może nowa fryzura? - Finnick uśmiechnął się delikatnie. - Przepraszam, ale naprawdę, gdyby nie pani słowa w życiu bym pani nie rozpoznał.
- Daruj sobie. - Winona przewróciła oczami i weszła do Audytorium.
- Też się cieszę, że cię widzę, Winnie - mruknął Finnick idąc w ślad za dziewczyną.
Następne dwie godziny spędzili na ostatnich poprawkach scenariusza prezentacji oraz ćwiczeniu końcowego pojedynku, który miał podsumować wszystkie wcześniej omawiane kwestie i stanowić punkt kulminacyjny pokazu. Mimo, że przeprowadzali go już chyba po raz setny, nie potrafili trzymać się planu. Któreś zawsze rzuciło o kilka zaklęć za dużo i tak pojedynek wymykał się z pod kontroli i zamiast trwać mniej więcej minutę, zajmował ich aż piętnaście.
Tym razem również nie potrafili się powstrzymać.
- To już jutro - powiedział Finnick siadając na parapecie okna i odgarniając włosy z twarzy.
- Jakbym nie wiedziała - odburknęła Winona nawet na niego nie patrząc.
- Jesteś wkurzona bardziej niż zazwyczaj. Stresujesz się, co? - zapytał z nutą uszczypliwości w głosie.
- Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć to tak. - Winona odwróciła się i nawiązała kontakt wzrokowy z Finnickiem. Widziała, że kąciki ust zadrgały mu lekko, gdy dostrzegł jej rumieńce nie będące pozostałością po stoczonym przed chwilą pojedynku. - Nienawidzę występów publicznych, rozumiesz? Cholernie nienawidzę. Jestem przerażona.
Winona zebrała swoje rzeczy i wyszła z Audytorium nie czekając na reakcje Finnicka. Nie chciała wiedzieć co sobie o niej pomyślał.
.

Następnego dnia rano, Mottshead czekał już na nich pod salą z wygiętymi w szerokim uśmiechu, ustami.
- No patrzcie, nie pozabijali się nawzajem - rzucił z przekąsem.
- Starałem się panie profesorze, ale ona jest chyba niezniszczalna - odpowiedział mu beztrosko Finnick.
- Czytałem wasz plan prezentacji i nie mam żadnych zastrzeżeń. Spisaliście się. - Mottshead klasną w dłonie. - Dobra, w takim razie skoro jest Prescott z jego humorem i idąca jak na skazanie, Breckenridge, to myślę, że możemy zaczynać. Widownia już na was czeka.
Winona otworzyła szeroko oczy.
- Ale mieliśmy teraz wszystko panu zaprezentować, a nie tak od razu... - Wnętrzności dziewczyny skręciły się gwałtownie. - Ja nie dam rady.
Mottshead chciał coś powiedzieć, ale Finnick go uprzedził.
- Wszystko będzie dobrze, Winnie. - Dziewczyna uniosła głowę i napotkała spokojne spojrzenie pary piwnych oczu. Zupełnie nieoczekiwanie poczuła się jak małe i słabe dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Wiedziała jednak, że ktoś stoi tuż za nią. Ktoś kto nie da jej upaść i zrobić sobie krzywdę.
Finnick uśmiechnął się delikatnie.
- Idziemy? - zapytał.
Winona pokiwała tylko głową wciąż będąc oszołomiona tym spojrzeniem. Nigdy nie był jeszcze dla niej tak miły.
.

Dzieci zgromadzone w Audytorium od razu poderwały się z miejsc by lepiej zobaczyć nowo przybyłych. Przepychały się między sobą, chichotały i wymieniały uwagami.
Mottshead powiedział coś i nagle wszystkie odgłosy umilkły, a uczniowie z powrotem usiedli. Wówczas Finnick zaczął coś z zapałem tłumaczyć, natomiast Winona zorientowała się, że nie słyszy słów, a tylko to przysłowiowe coś. Zlepek sylab zmieszany z biciem serca i szybkim oddechem. Twarze dzieci zaczęły jej się zlewać w jeden wielki twór o tysiącu par oczu, wciąż otartych i wciąż wyczekujących rozrywki. Była zwierzęciem w cyrku, które musiało zabawiać publikę. Musiała tańczyć jak jej zagrają. 
Winona wbiła sobie paznokcie w rękę i starała skupić na tym co mówił Finnick, ale nie potrafiła. Nie potrafiła wychwycić nawet słowa z pomiędzy szumu jaki wypełniał jej głowę. To była prawdziwa tortura. 
Kiedy Winona myślała, że zaraz ucieknie z Audytorium znowu to zobaczyła. Znowu te same piwne oczy co wcześniej. Niespodziewanie jej ciało zaczęło się samo poruszać, a ręka uniosła różdżkę. Rzuciła zaklęcie, a chłopak je odbił. Wiedziała, że otworzyła usta, żeby wypowiedzieć inkantację, ale nie usłyszała własnych słów. Nie słyszała również kolejnych, które opuściły struny głosowe i wyleciały na zewnątrz. Finnick spojrzał na nią zdziwiony, ale szybko się uśmiechnął z wyraźną ulgą.
Winona nie miała pojęcia co się właściwie dzieje. Mówiła, rzucała zaklęcia, a wszystko w idealnej synchronizacji z Finnickiem. Działali jak dobrze naoliwiona maszyna. Jak jeden organizm. Dziewczyna musiała rzucić nawet jakimś żartem, bo widownia wybuchła nagle śmiechem, a Mottshead spojrzał na nią wzrokiem nieco zdziwionym, ale wciąż jednak pełnym podziwu.
Końcowy pojedynek poszedł po raz pierwszy zgodnie z planem. Zaklęcia śmigały w powietrzu rozgrzewając emocje uczniów do czerwoności. Kiedy odbito ostatnie zaklęcie rozbrzmiały wiwaty, ale Finnick szybko uciszył je unosząc ręce do góry. Została jeszcze jedna rzecz.
Winona szepnęła coś do chłopaka jednak ten pokiwał tylko głową, po czym srebrzyste smugi wystrzeliły z ich różdżek, a widowni odebrało mowę.
Testral, ramię w ramię ze smokiem, przeleciał nad głowami oniemiałych uczniów. Dopiero chwilę po zniknięciu partonusów rozbrzmiały takie wiwaty, że szyby w oknach zdawały się drgać. Winona w końcu odzyskała słuch, co skwitowała tylko westchnieniem ulgi.
- No nieźle. Udało się nam - stwierdził Finnick szeroko się uśmiechając. Chyba nigdy nie widziała go tak zadowolonego.
.

Jeszcze półgodziny po prezentacji, uczniowie pchali się do nich i zasypywali pytaniami głównie o patronusy i istniejącą czy też nie, dziewczynę Finnicka. Kiedy w końcu ostatnie z dzieci zniknęło za rogiem, pojawił się Mottshead.
- Wybitny. I jeszcze raz Wybitny - powiedział wskazując najpierw na Winonę, a później na Finnicka. - To wszystko. Macie talent. I tak Prescott wiem, że już to milion razy słyszałeś od tych uczennic łącznie z propozycjami matrymonialnymi. - Mottshead uprzedził otwierającego już usta, chłopaka. - Ale uważam, że warto wam to powtarzać, bo naprawdę jest ku temu powód. Chciałem jeszcze powiedzieć, że ten żart o zaklęciach rozbrajających był naprawdę świetny, Breckenridge. - Mrugnął do niej i odszedł.
- Podzielam zdanie Mottsheada - odezwał się nagle Finnick. - Nie sądziłem, że umiesz opowiadać kawały.
- Ja też nie - wykrztusiła Winona. Po raz kolejny zapadła między nimi cisza. Patrzyli tylko na siebie niepewnie zastanawiając się które powinno zacząć, ponieważ to był koniec ich wspólnego projektu. Koniec współpracy.
- Słuchaj. - Głos Finnicka był jakiś dziwnie słaby i odległy. - Dzięki, że zaproponowałaś ostatecznie żebyśmy jednak darowali sobie pokazywanie patronusów. To było miłe.
- Dzięki - odparła niepewnie.
- W takim razie... Cześć? - Finnick ewidentnie się zmieszał.
- Cześć - powtórzyła Winona i każde z nich poszło we własną stronę.
Dziewczyna czuła, że coś ciąży jej na sercu, ale zacisnęła tylko mocniej zęby i przyśpieszyła kroku. Nie było już do czego wracać.


<Finnick?>

piątek, 9 marca 2018

Od Winony, CD Finnicka

Gwałtowne uderzenie.
Krew buzowała w żyłach, a mięśnie napięły się gotowe do walki albo ucieczki. To adrenalina mieszająca myśli, zabijająca moralność i pozostająca za sobą tylko włókna mięśni pokryte krwią oraz pokruszone zęby z resztkami dziąseł. 
Winona czuła jej smak. Metaliczny z nutą ledwo wyczuwalnej słodyczy. Osiadł na języku i drażnił kubki smakowe.
Później przyszła wściekłość.
Wwiercała się w kości, wnikała do szpiku i skwierczała jak tłuszcz na rozgrzanej patelni.
Organizm przypominał maszynę, której ktoś nieustannie dostarczał paliwo.
I nagle - cisza.
Krew uspokoiła się, mięśnie rozluźniły. Włókna zrosły się, zęby wróciły na miejsce, a istota odzyskała człowieczeństwo.
To rozczarowanie, które dla odmiany, ścisnęło serce w żelaznym uścisku.
Winona nie była ewidentnie zadowolona.
Pojedynek z Finnickiem początkowo wzbudzał niemałe emocje, ale już po chwili oboje zorientowali się, że nie ważne jak bardzo by się starali i ile siły włożyli w swoje zaklęcie, przeciwnik i tak sobie poradzi. Gdyby walczyli w terenie, gdyby mogli wykorzystywać otoczenie walka potoczyłaby się inaczej. Jednak stojąc na przeciwko siebie i wymachując różdżką nie potrafili nic zdziałać. Równie dobrze mogliby rzucać kaczym puchem, a efekt byłby ten sam.
- Nieźle ci idzie, Winnie - rzucił kpiąco Finnick, ale widać było, że ciężko mu się pogodzić z całą sytuacją.
Są sobie równi i nie ma co do tego żadnych wątpliwości.
- Zacznij mówić z sensem albo się zamknij raz a dobrze. I nie ma żadnej "Winnie". - Oboje wciąż stojąc naprzeciwko i delikatnie dysząc, opuścili powoli różdżki.
- Masz pomysł jak zaczniemy naszą prezentację? - zapytała Winona kładąc szczególny nacisk na ostatnie słowo.
- Hmmm... Myślę, że od zaklęcia baubillous, dzieciakom się spodoba.
Winona oczami wyobraźni zobaczyła jak w powietrzu pojawia się piorun i przypadkiem trafia jednego z młodszych uczniów. Skrzywiła się.
- Nie żartuj sobie ze mnie.
- Przecież ja wcale nie żartuję. Mottshead na pewno się nie będzie spodziewał takiego obrotu spraw. - Finnick uśmiechnął się łobuzersko. - Zobaczysz, to zrobi na nim piorunujące wrażenie.
- Kiepski dowcip.
- Moim zdaniem idealnie dopasowany do poziomu naszej rozmowy i całego zadania. No dobra, a co ty proponujesz?
- Powinniśmy zacząć jakimś wprowadzeniem w tematykę pojedynków. Po dziesięciu minutach moglibyśmy... 
- Po dziesięciu minutach? - Finnick parknął. - Chyba nie mówisz poważnie.
- Oczywiście, że mówię poważnie. 
- Przecież te dzieciaki się zanudzą.
- To od czego, poza tym głupim piorunem, chciałbyś zacząć? Od patronusów?
- Po pierwsze ten piorun wcale nie jest głupi - obruszył się Finnick. - A po drugie wcale bym nie dawał patronusów, ani na początku ani na końcu.
- Niby dlaczego? - Winona już powoli traciła cierpliwość. - Przecież Mottshead nas o to prosił.
- Słuchaj, może ty masz ochotę robić z siebie cyrkową małpę, ale ja nie zamierzam się popisywać przed tymi dzieciakami posiadaniem rzadkiego patronusa.
Napięcie czuło się wręcz w powietrzu. Kłęby białej waty utrudniającej oddychanie i wyraźne widzenie. Dwa wygłodniałe drapieżniki z nastroszoną sierścią. Wystarczyła iskra by rzuciły się sobie do gardła, wytargały tchawicę, strzaskały kości.
- I kto to mówi. Myślałam, że komu jak komu, ale tobie takie zadanie się spodoba. W końcu zabawianie innych to przecież dla ciebie norma. - Winona przechyliła czarę.
Pojedynek rozgorzał na nowo. Napędzany żarem wzajemnej nienawiści, odbywał się już jednak w zupełnej ciszy.
Oboje nie potrafili później właściwie wyjaśnić jak to się stało, że zaklęcie Finnicka o włos minęło się z celem. Może Winona odskoczyła w ostatnim momencie, a może to on źle wycelował. Czar jednak z impetem uderzył w stojącą za nią ławkę, która rozprysła się na tysiące ostrych jak brzytwa drzazg.
Krew spływała dziewczynie po karku gdzie wbiły się drobne fragmenty drewna. Dygotała.
Finnick patrzył zdziwiony jak Winona podbiega do słoika z martwymi owadami leżącego na ziemi. Pod wpływem wybuchu spadł on na posadzkę, ale wyglądało na to, że nie doznał żadnego poważnego uszczerbku. Nie to co dziewczyna.
Jeśli wcześniej nienawidziła Finnicka to teraz ewidentnie życzyła mu długiej i bolesnej śmierci.
Szybko zebrała swoje rzeczy i pośpiesznie wyszła z klasy nie zważając na cały mokry od krwi kołnierzyk mundurka.
.

Jeśli przed felernym pojedynkiem Winona stroniła od towarzystwa ludzi to tuż po nim zaczęła ich traktować jakby byli nosicielami śmiertelnej choroby, którą można się zarazić nawet poprzez przelotne spojrzenie czy przebywanie w tym samym pomieszczeniu. W dormitorium spędzała więc tylko trzy godziny, żeby trochę się przespać, po czym zanikała nim ktokolwiek zdążył się obudzić. Jadła niewiele i jedynie słodycze zgromadzone kiedyś na właśnie taką "czarną godzinę". Na lekcje nie przychodziła, omijając również - a może przede wszystkim - Obronę przed czarną magią.
Wszystko to przez słoik z martwymi owadami będący dla Winony cenniejszy niż życie. Wszystko przez chwilę bezdechu kiedy szkło musnęło kamień. Wszystko przez Finnicka. Wystarczył jeden nieszczęśliwy wypadek by cały spokój w jej życiu został doszczętnie zniszczony,
Winona siedziała wciąż tylko w zaroślach niedaleko szpitala pogrążona w czarnych myślach. Stan ten trwał, aż do czwartku kiedy to ukryta w swojej kryjówce przyglądała się obgryzionym do krwi skórkom na lewej dłoni. Słoik przyciskała do piersi, prawą ręką delikatnie wodząc palcami po brudnym szkle. W głowie wciąż i wciąż mieliła słowa, które zamierzała powiedzieć dzisiaj Mottsheadowi. A może jutro albo dopiero w sobotę. Czuła gulę w gardle kiedy myślała o rozczarowaniu jakie ta rozmowa w nim wywoła. Nie potrafiła się jednak przełamać. Nie potrafiła zapomnieć. Rany na karku nie przestały jeszcze boleć.
Nagle coś głucho uderzyło obok w ziemię przy akompaniamencie śmiechu i stłumionego pisku. Winona rozchyliła gałęzie, a jej oczom ukazała się dwójka uczniów obściskujących się w krzakach jakieś dwa metry od miejsca, w którym siedziała. Dziewczyna zmarszczyła brwi zniesmaczona. Kolejni wagarowicze.
Niespodziewanie zakochani zerwali się z miejsca i w popłochu uciekli krzycząc z nieskrywanego przerażenia. Winona spojrzała na uniesioną różdżkę i ze zdziwieniem zadała sobie sprawę, że rzuciła zaklęcie. Jakie? Nie miała pojęcia.
Gorycz uwięzła jej w gardle, kiedy wyobraziła sobie minę Mottsheada gdyby ten się dowiedział o tym incydencie. Nie dość, że jest nieobowiązkowa to jeszcze czaruje zupełnie nie myśląc o tym co robi i zaraz najprawdopodobniej kogoś skrzywdzi.
Zęby Winony głośno zgrzytnęły, a ona sama wstała gwałtownie z ziemi. Czas zacząć na powrót działać.
.

Znalazła Finnicka na początku przerwy obiadowej, niedaleko biblioteki. Jak zwykle stał otoczony wianuszkiem znajomych i o czymś żywo opowiadał. Winona przystanęła na chwilę, po czym zawahała się. Konfrontacja z nim była ostatnią rzeczą o której marzyła i na pewno mniej atrakcyjną niż jego śmierć, ale pomyślała o Mottsheadnie. Nie mogła go zawieść. 
- Finnick... - zawołała niepewnym głosem, ale nie zareagował. - Finnick - ponowiła nieco głośniej jednak dalej nic się nie wydarzyło. - Finnick! - Wciąż zero reakcji.
Głęboki wdech.
- Finnick James Prescott! - krzyknęła z całej siły. Podziałało. Chłopak odwrócił się i spojrzał na nią nie ukrywając swojego zdziwienia. Kilka osób zachichotało. - Czy moglibyśmy chwilę porozmawiać?
- Jasne - odparł niepewnie i przeprosił znajomych.
Stanęli w pustym, o tej porze, korytarzu obok. Finnick uniósł pytająco brwi i rozłożył ręce.
- Możemy, jeśli chcesz, dać to zaklęcie z piorunem, wstęp skrócimy do trzech minut, ale za to pokarzemy nasze patronusy. Radzę się zgodzić na taką ofertę, bo korzystniejsza już dla ciebie nie będzie. - Winona starała się brzmieć jak najbardziej przekonująco i zdecydowanie, ale sama usłyszała nutę niepokoju w swoim głosie, co mocno ją przybiło. Finnick natomiast nie wahał się długo z odpowiedzią.
- Masz liście we włosach, Winnie.

<Finnick, mój drogi?>

wtorek, 6 marca 2018

Od Winony, CD Dirka

Ostatnimi czasy nieszczęśliwe wypadki były chyba jedynymi rzeczami, które spotykały Winonę. Nic również nie wskazywało na poprawę sytuacji i nawet otworzenie starej książki do wróżbiarstwa oraz próba przepowiedzenia przyszłości, nie spełniła swojego zadania. Na dnie filiżanki leżały fusy i tyle. Mokre liście herbaty pozlepiane resztkami ciemnej cieczy w śnieżnobiałym naczyniu. Kiedy jednak Winona zatruła się czymś podczas śniadania i wylądowała w skrzydle szpitalnym poczuła, że tego już za wiele.
Była zła. Ba, nawet wściekła, a wszystko zaczęło się od tego cholernego projektu z Obrony przed czarną magią. Od Finnicka.
Nie śmiała wówczas nawet przypuszczać, że sytuacja może przybrać jeszcze gorszy obrót.
Stojąc w kamiennej sali razem z Dirkiem coś ścisnęło ją za gardło. Strach. Chyba powinna była uważniej przyjrzeć się fusom w filiżance.
Dziwny cień rzucił się w ich kierunku, ale Winonie udało się w ostatnim momencie odskoczyć ciągnąc za sobą zdziwionego chłopaka. I wtedy je zobaczyła. Drzwi. Wielkie, mosiężne i na pewno pokryte całą masą zaklęć ochronnych. Wiedziała, że nie ma zbyt wiele czasu, więc machnęła różdżką i pomiędzy nimi a tym czymś stanął potężny słup ognia. Gorąc buchną w twarz z taką mocą, że aż musiała zasłonić oczy, bo wydało jej się, że i one zaraz się zapalą. W tym samym momencie rozległ się ogłuszający huk i zgrzyt. Winona zobaczyć jak Dirk celuje różdżką w drzwi, z których unosi się dym i które mimo tak silnego zaklęcia ani drgnęły. W porównaniu do nich kilka kamieni rozpadło się jednak w pył otwierając wąski przesmyk w ścianie. Drogę ucieczki.
Chłopaka nie trzeba było pośpieszać i już chwilę później zniknął po drugiej stronie. Winona dołączyła do niego chwilę później obejrzawszy się wcześniej przez ramię. Cień nie ruszał się, czekając aż płomienie dogasną.
Wówczas usłyszała ten dźwięk po raz pierwszy. Dźwięk, którego miała nie zapomnieć do końca swojego życia. Dźwięk przypominający rozrywanie ścięgien i łamanie kości wciąż jeszcze świadomej istoty. Dźwięk nadchodzącej śmierci i pożogi.
.

Czas w podziemiach biegł zupełnie inaczej. Rozciągał się jak guma do żucia albo skracał jak łamana na dwoje, zapałka. Czasem wydawało się Winonie, że mijają lata, a czasami, że wciąż tkwią w jednej sekundzie, która nie może się skończyć.
Jedno było jednak pewne. Zabłądzili. Krążyli po ciemnych korytarzach i zamiast piąć się w górę, schodzili coraz bardziej w dół i w dół, w głąb ziemi.
Dźwięk zaczął im towarzyszyć odkąd minęli stertę połamanych krzeseł. Od tamtego momentu co chwila przybliżał się, oddalał, znikał i na powrót pojawiał gdzieś niebezpiecznie blisko wywołując gęsią skórkę.
- Ty też czujesz się nieswojo czy tylko ja odczuwam dyskomfort? - zapytał Dirk po raz pierwszy od niedawna.
- Szczerze powiedziawszy wolałabym, żeby to wszystko było tylko majakami od zatrucia. - Palce Winony kurczowo zacisnęły się na różdżce. Chciała - nie, ona musiała być gotowa gdy cień się pojawi.
- Dyniowe karmelki, tak? - Głos Dirk wydawał się zbyt beztroski.
- Co "dyniowe karmelki"?
- Zatrułaś się dyniowymi karmelkami, prawda? Zawsze mnie dziwiło, że ludzie ich nie jedzą, więc spróbowałem i chyba w końcu rozumiem dlaczego. Smakują jakby coś je wypluło, dodało cynamon i może jeszcze ze dwie laski wanilii, a później postawiło na tacy. Jak myślisz, skrzaty naprawdę tak robią? - Winona spojrzała na Dirka skonsternowana i postanowiła, że zaklasyfikuje go do listy tych "dobrych". Wydawał jej się dziwny, to prawda, ale w porównaniu do pozostałych uczniów był miły i nie traktował innych z wyższością.
- Nie, nie zatrułam się dyniowymi karmelkami, bo nie jem ich tak jak reszta i nie sądzę, żeby faktycznie je przygotowywali w ten sposób. To głupie.
I właśnie wówczas to zobaczyli. Snop światła padający na posadzkę przed drewnianymi drzwiami. Winona podskoczyła do nich gwałtownie, po czym zaczęła z zapałem zdejmować zaklęcia ochronne. Włosy stanęły jej na karku kiedy dźwięk rozbrzmiał tuż za ich plecami. Czuła na sobie błagalne spojrzenie Dirka i wiedziała, że zostało mało czasu. Ręce zaczęły lekko drżeć.
Ostatnie zaklęcie. Już. Winona nacisnęła z impetem klamkę i oboje wypali na zewnątrz. Chłopak z całej siły trzasną drzwiami, ale nim zdążyli unieść różdżki czy choć pomyśleć zaklęcie rozległ się donośny jęk, a z futryny poleciały drzazgi. Dirk chwycił wstrząśniętą Winonę za brzeg swetra i pociągną w głąb korytarza oświetlonych płomieniami pochodni.
.

Kiedy w końcu opuścili podziemie był już wieczór. Od ścian odbijał się gwar niesiony z Holu gdzie uczniowie spożywali właśnie kolację. Winona i Dirk słyszeli coś jeszcze i bynajmniej nie przypadło im to do gustu. Ruszyli pośpiesznie w przeciwnym kierunku licząc nie wiadomo na jakie cuda. Chcieli po prostu uciec, rozpłynąć się w powietrzu, zniknąć. Nagle rozległ się głośny huk i coś wielkiego runęło obok Winony. Dziewczyna odskoczyła wystraszona unosząc automatycznie różdżkę, ale szybko ją opuściła dostrzegłszy co wywołało zamieszanie. Dirk pośliznął się na mokrej podłoże i upadł uderzając głową o jedną ze stojących przy ścianie ławek.
- Wszystko w porządku? - Winona uklękła obok i pomogła mu usiąść na ziemi.
- Tak. Ostatecznie bandaż się przydał. - Dirk uśmiechał się, ale nagle zbladł. Dziewczyna podążyła za jego wzrokiem i zobaczyła coś wielkości psa wyślizgujące się przez okno. Obraz był niewyraźny przez panujący w korytarzu półmrok, jednak Winona wiedziała z czym ma do czynienia. Kiedy stworzenie zniknęło na zewnątrz, poderwała się z ziemi i podbiegła do szyby. Zobaczyła tylko jak ciemny kształt biegnie przez polanę, po czym znika w lesie.
- Nie słyszę go - odezwał się Dirk. - Nie słyszę tego dźwięku.
.

Od incydentu w podziemiu minęło kilka dni i wszystko wydawało się funkcjonować normalnie, nienaruszenie. Winona i Dirk wspólnie stwierdzili, że to co spotkali, opuściło już zamek, więc mogą uważać sprawę za zamkniętą. Postanowili jednak, tak na wszelki wypadek, nie dzielić się historią o swoich przygodach z nauczycielami. W końcu nikt i tak nie dostrzegł ich zniknięcia z skrzydła szpitalnego, które - jak można się było spodziewać - zapełniło się tłumem uczniów po Obronie przed czarną magią. 
Winona szła właśnie szybkim krokiem do dormitorium kiedy zatrzymał ją Profesor Yates.
- Breckenridge, pomóż mi proszę z tymi roślinami. Są bardzo delikatne. Uważaj. - Mężczyzna wyglądał na kogoś niezywkle zafrasowanego, więc dziewczyna zwyczajnie nie potrafiła mu odmówić.
Weszli do gabinetu nauczyciela, a Winona odłożyła cenną doniczkę na duże dębowe biurko. Chciała już wyjść kiedy dostrzegła olbrzymiego czarnego kota siedzącego na jednym z krzeseł pod oknem. Wydawało jej się, że może być wielkości psa. Psa? Ostatnio też tak o czymś pomyślała.
- Ma pan zwierzę, panie profesorze? - zapytała nie potrafiąc uwierzyć w to co widzi. 
- Tak, tak mam. Ładny prawda i duży. - Zaśmiał się. - Trochę szkoda, że się pałęta po szkole bez opieki, ale nie umiem go oduczyć. Sam nawet chodzi na spacery do lasu.
- Aha - wydusiła zdziwiona Winona. - Nie sądziłam, że ma pan kota, panie profesorze - powtórzyła z osłupieniem. Jednak to następne słowa Yatesa prawie zwaliły ją z nóg. Pożegnała się pospiesznie i rzuciła szaleńczym biegiem na poszukiwanie Dirka. Jak na ironię, znalazła go dopiero obok szklarni. Jej pojawienie się zdyszanej, z potarganymi włosami i krzywo zarzuconą na ramię, torbą, nieco go zdziwiło.
- Skrzaty, Dirk! Z kuchni znikają skrzaty! 

<Dirk? c: >

wtorek, 27 lutego 2018

Od Winony

- Co ty tutaj znowu robisz? - Wyniosły głos Parrisha rozbrzmiewa tuż za moimi plecami. - Zmiataj na śniadanie. No już. 
Jest poniedziałek. Kolejny. Świeci cudowne słońce, więc większość uczniów wyległa na zewnątrz by zaczerpnąć trochę świeżego powietrza i rozprostować zastałe wciągu zimy, kości. Przez jedno z okien w dormitorium można zobaczyć jak zbierają się w grupki i zajadając porwane z jadalni kanapki, depczą po resztkach śniegu. 
Nie zamierzam do nich dołączyć. Nie zrobiłabym tego nawet gdyby dzisiejszy dzień zaczął się pomyślniej. Gdybym nie założyła w pierwszym odruchu swetra na lewą stronę, co oczywiście przynosi pecha. Postanowiłam więc ograniczyć kontakt z ludźmi do absolutnego minimum. W końcu nie chcę kusić losu. Zrezygnowałam z porannego posiłku i zaszyłam się w najciemniejszym kącie pustej o tej porze dnia, biblioteki. No dobra, nie tak znowu pustej. 
Odwracam się powoli i nawiązuję kontakt wzrokowy z wyraźnie poirytowanym Parrishem. Brwi ma zmarszczone, a usta wygięte w dziwnym grymasie. 
- Pan też nie poszedł na śniadanie. W sumie, chyba jeszcze nigdy nie widziałam pana w jadalni o tej porze - odpowiadam zgodnie z prawdą. 
- To co robię jest moją sprawą, nie rozumiesz? - Porusza śmiesznie wąsem i poprawia marynarkę. 
Wzdycham ciężko.
- Będę mieć dzisiaj naprawdę paskudny dzień, więc czy mógłby mi chociaż pan dać spokój? Niczego nie zniszczę, nie wypożyczę, po prostu sobie tu posiedzę. - Zmarszczka za czole Parrisha pogłębia się. - Proszę - dodaję szybko. 
- Masz piętnaście minut. Zrozumiano? 
- Wolałabym dłużej, ale pan tu rządzi. - Wzruszam ramionami i odwracam się do niego plecami by kontynuować robienie zapisków na przegubie. 
- I żebym więcej nie widział tu tego obrzydlistwa. - Dobrze wiem co ma na myśli 
- Jakoś Alison Johnson może przychodzić do biblioteki ze swoim żywym kotem, więc co panu przeszkadza słoik martwych owadów nie wydających żadnych dźwięków i nie mających kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie to co ten futrzak. 
- Koniec dyskusji. Piętnaście minut. Pamiętaj. - Parrish odchodzi. 
Przewracam oczami i drapię się po karku, na którym znów pojawiła się wysypka. Jeszcze wczoraj nic tam nie było, więc pewnie pech zaczął już działać. 
Z biblioteki wychodzę zgodnie z umową i zaczynam przemykać przez najrzadziej zaludnione korytarze, ale i tak nie udaje mi uniknąć kilku przelotnych spojrzeń. Do klasy wchodzę jako jedna z pierwszych i zajmuję swoje zwykłe miejsce w jednym z rogów sali. Układam rzeczy starannie na blacie stołu, po czym wlepiam wzrok w trupy owadów starając się nie przejmować wypełniającą się systematycznie uczniami, klasą. 
- Wsiadłem na miotłę i już mnie więcej nie zobaczyli. Takie życie - Kiedy słyszę ten głos oraz salwy śmiechu, które rozbrzmiewają w momencie gdy milknie, czuję, że ciało napina mi się gotowe do ucieczki. Sama nie wiem na co liczyłam. Może, że niespodziewanie zachoruje albo urwie się z lekcji. Zwyczajnie w taki dzień jak dzisiaj wolałabym nie oglądać jego twarzy. W ogóle wolałabym jej nigdy nie oglądać. 
- Panowie i panie, żarty się skończyły. Bierzemy się do ciężkiej pracy. Otóż postanowiłem, że dzisiaj gonimy średnią ocen z mugoloznawstwa. - To Mottshead ze swoim zwykłym przywitaniem. 
- Czyli wpisze nam pan wszystkim po Wybitnym i możemy już sobie iść? - Znowu ten głos i śmiech jego publiki. 
- Najpierw musiałbym zobaczyć lepsze show niż podczas Dnia Mugola z tosterem, widelcem i paralizatorem. W tedy postawię nawet dwa Wybitne i wystąpię o Order Merlina dla ciebie, Prescott. - Profesor klaszcze w dłonie, po czym pisze coś na tablicy. 
Unoszę głowę i nasze spojrzenia się spotkają. Finnicka i moje. Po jego ustach błądzi jeszcze uśmiech przeznaczony dla Mottsheada, a w oczach tli się zawadiacki płomień. Mierzymy się chwilę wzrokiem, aż w końcu on odwraca głowę by odpowiedzieć jednemu ze swoich znajomych. Nienawidzę go. Jest zbyt idealny, zbyt nierzeczywisty. Jakby moje krzywe odbicie. On ma wszystko, a ja nic. 
Nic poza magią. 
Reszta lekcji oraz cała kolejna godzina należy chyba do najnudniejszych zajęć jakie Mottshead kiedykolwiek w życiu poprowadził. Zero czarów, sama teoria. Za piętnaście jedenasta, wszyscy zaczynają wylegać z klasy i ja również zbierałam się do wyjścia, kiedy słyszę coś co nie śniło mi się nawet w najśmielszych snach. 
- Prescott, Breckenridge, zostańcie chwilę. - Głos profesora odbija się donośnym echem w mojej głowie. Ostrożnie podchodzę do Mottsheada, który siedzi na brzegu biurka i staję obok Finnicka. 
- Możecie się czuć zaszczyceni, bo widzicie, właśnie dostaliście gigantyczną szansę na zaprezentowanie waszego talentu. Wspólnie przygotujecie prezentację o pojedynkach dla młodszych klas by zachęcić ich do nauki. No wiecie, omówicie rodzaje zaklęć, zaprezentujecie je. Na koniec dobrze było by jeszcze dorzucić wasze patronusy i jakąś przykładową walkę - oznajmia Mottshead głosem pełnym dumy. 
Czuję się jak sponiewierane zwłoki. 
- A to nie przypadkiem pana fucha, żeby "zachęcać" młodzież do nauki? - Finnick wydaje się równie poirytowany co ja. 
Żenujące. 
- Dobry argument, Prescott, ale ja mam chyba lepszy. Właśnie oceniłem waszą ostatnią pracę pisemną i oboje otrzymaliście po Trollu. Kolejnym już jeśli dobrze liczę. - Mottshead splata ręce na piersi. - Może wstawienie wam dwóch Wybitnych nie było by teraz takim kiepskim pomysłem, Prescott, ale mimo wszystko muszę mieć za co. Więc chcecie czy też nie to chyba jesteście skazani na swoje towarzystwo. Macie dokładnie tydzień i ruszamy w tournée. 
Oboje z Finnickiem milczymy, bo niby co mielibyśmy mu powiedzieć? Że w życiu nie słyszeliśmy większej bzdury? Że właśnie zamkną dwa bojowe psy w tej samej klatce? Nie, on sobie świetnie zdaje sprawę z całej sytuacji. Możemy więc już jedynie milczeć. 
- Będziecie sobie na mnie bluzgać ile chcecie, ale na korytarzu, bo śpieszę się na randkę. - Uśmiecha się po szelmowsku i praktycznie wypycha nas z klasy. 
- Z profesor Chadwick? - Finnick brzmi jakoś nieprzekonująco. 
- Nie będę ci wyrywać dziewczyny, Prescott. W końcu zaczniecie się znacznie częściej spotykać jeśli wasz projekt z pojedynkami nie wypali. Do jutra. - Mottshead chce już odejść, ale zatrzymuje się jakby czegoś zapomniał. - A i Breckenridge, następnym razem nie śpij na lekcji. Obrona przed czarną magią to nie tylko machanie różdżką. 
Mam wrażenie, że założenie swetra na drugą stronę nie było jedyną rzeczą, którą zrobiłam źle tego ranka. Lepiej chyba gdybym w ogóle się dzisiaj nie obudziła.

<Finnick? ♥>

piątek, 16 lutego 2018

Winona Breckenridge




Winona Velma Breckenridge

14.05 || Wampus || półkrwi
cis | włókno ze smoczego serca | 10 cali
szóstoroczna || OPCM | ZUR | TRSM | WR || Testral


Ma otwarte oczy. Z kącika ust wypływa mu stróżka śliny. Powiedzieli mi, że mnie słyszy, ale ja im nie wierzę. On już nie jest żywy. 
Nie tak jak być powinien.
Żuk nerwowo biega po denku słoika
.

Można urodzić się w "złej" rodzinie. Rodzinie niezwykle zżytej, posiadającej wspaniałą historię i szerokie wpływy w środowisku czarodziejów. Rodzinie "złej", bo niegotowej na twoje przyjście na świat. Niegotowej na przyjście kogoś tak odmiennego od nich samych.
Winona urodziła się jako pierwsze i zarazem jedyne dziecko młodego małżeństwa Breckenridgów. Brandy i Fredrick byli ludźmi czynu, pełnymi miłości do siebie nawzajem i magicznych stworzeń, które badali podczas licznych wypraw w różne zakątki świata. Nawet przy dziecku postanowili nie zrezygnować z wyjazdów, więc Winona spędzała większość czasu u rodziców Fredricka. Początkowo dziewczynka była oczkiem w głowie dziadków, ale wraz z biegiem czasu okazało się, że nie ma zupełnie żadnego talentu do latania na miotle. Dla Breckenridgów seniorów było to jak policzek. Ich rodzina od wieków zajmowała się quidditchem, co rusz zgarniając najważniejsze nagrody. Stało się to wręcz ich tradycją, obowiązkiem. Nawet ojciec Winony był jakiś czas obrońcą w jednej z amerykańskich drużyn, choć osobiście nie przepadał za lataniem. 
Dziadkowie zorientowawszy się, że sprawa jest przegrana odsunęli dziewczynkę i skupili całą swoją uwagę dwóch pozostałych wnukach, którzy dla odmiany radzili sobie na miotle znakomicie. Winona została sama. Rodziców wciąż nie było, a dziadkowie dawali jej na każdym kroku odczuć, że jest gorsza, że nic nie znaczy. 
Właśnie wtedy, gdy dziewczynka skończyła dziesięć lat, zdarzył się wypadek.
.

- Zobacz co przywiozłam. Łał, nie wierzę, że udało mi się zdobyć tego aż cały karton. - Brandy egzystuje w zupełnie innym wszechświecie. Jestem dziś po raz pierwszy od dwóch lat w swoim dawnym domu, a ona tylko opowiada o ostatnim wyjeździe. Pyta o coś. Nie słyszę, nie chcę jej słyszeć. Usiłuje mnie przytulić, ale ja się odsuwam. 
Jest mi niedobrze. 
Żuk zastyga w bezruchu
.

Nie wrócili. Nie dali znaku życia. Po tygodniu pojawiła się ona. Jego znaleźli dwa dni później. Nie był już tą samą osobą. W ogóle nie był już osobą.
Brandy i Fredrick szykowali się do - jak to sami określili - "wyprawy życia". W rozmowach byli enigmatyczni i nie chcieli sprecyzować dokładnie jakiego zwierzęcia szukają. Ostatecznie dziadkowie Winony dowiedzieli się tylko, że są w Brazylii razem z ekipą z Europy. Nikt tak naprawdę nigdy nie wyjaśnił co się stało. Ze wszystkich uczestników wyprawy o własnych siłach wróciła tylko Brandy. Kobieta była w tak olbrzymim szoku, że przez parę następnych dni nie mogła nic z siebie wydusić. Fredricka znalazła grupa ratowników, która przeczesywała okolicę. Medycy nie potrafili wyjaśnić co się właściwie stało i dlaczego mężczyzna jest jak roślinka, a jego skórę pokrywają nigdy nieblednące sińce. Członków ekipy z Europy znaleziono porozrywanych na strzępy w ciągu następnych dni. Brandy nie chciała nic mówić o tym incydencie poza przyznaniem się, że zostawiła męża na pewną śmierć.
Starzy Breckenridgowie wzięli syna do siebie do domu i umieścili go na poddaszu w jego dawnym pokoju. Zerwali jednocześnie kontakt z Brandy obwiniając ją o wszystko co złe w ich życiu, włącznie z egzystencją Winony.
.

Obserwuję jak moi kuzyni świetnie radzą sobie na miotle. Chcę wrócić do domu, ale mnie powstrzymują. On i ona. Rodzice Fredricka. W ich oczach widać mieszaninę sprzecznych emocji. Twarz mam mojego ojca, ale gdy tylko otworzę usta słychać głos mojej matki. Oni tego nie cierpią. Nie cierpią mnie. I ja siebie też nie cierpię. 
Chyba.
Żuk udaje martwego
.

Znalazła drogę. Odmienną od poprzedniej, może niewłaściwą. Wciąż jednak samotną.
Ilvermorny było dla Winony szansą na nowy start. Dziewczyna szybko się jednak zorientowała, że szkoła to też miejsce, w którym jej nie akceptują. Już nie chodziło o brak talentu do latania na miotle, a o to kim była. Jakich nawyków i zachowań nauczyła się przez te wszystkie lata w domu dziadków. Inni szukali tylko okazji by ją upokorzyć. Nie broniła się, nie potrafiła, aż nie odkryła swoich możliwości. Zobaczyła jak potężne są jej zaklęcia, jak szybko przychodzi nauka nowych sekwencji, jak zostawia wszystkich pozostałych w tyle. Podświadomie wiedziała co musi zrobić i ostatecznie nie przyszło to z większym trudem. W połowie pierwszej klasy ludzie przestali się nad nią znęcać, a wręcz zaczęli usuwać się z drogi. Uczniowie zaczęli bać się Winony. Z ofiary stała się drapieżnikiem stojącym najwyżej w łańcuchu pokarmowym. Potworem.
.

Jest nieprzytomny. Podbiegają do niego nauczyciele i pielęgniarka. Stoję obok zaciskając palce na różdżce. Wszyscy wiedzą, że to on zaczął, to on rzucił mi zaklęcie w plecy. Tchórz. Przejeżdżam rękawem pod nosem zbierając krew wypływającą z pękniętego naczynia. Wstaje. Żyje. Nawiązujemy kontakt wzrokowy, ale on szybko opuszcza oczy. 
I to ma być mój kuzyn. 
Żuk jest martwy
.



Żuk pływa w formalinie


Winona widzi świat czarno-biało. Ktoś jest albo dobry albo zły.
To proste.
Jeśli milczysz, jeśli nie reagujesz, trafiasz na czarną listę.
Jeśli robisz to czego od ciebie oczekuje zdobywasz jej sympatię.
Jesteś z nią albo przeciwko niej.
Tak działa ta gra.
.

Są tylko dwie możliwości.
Mówi prawdę.
Albo się nie odzywa.
Wybór jest zaskakująco prosty.
.

Obserwuje ludzi.
Gesty, mimikę.
Fascynują ją ponieważ ich nie rozumie.
Odczuwa empatie, ale nie potrafi racjonalnie wytłumaczyć czyjegoś zachowania.
Jest ślepa na przyczynę, widzi tylko skutek.
.

Kiepsko się uczy wszystkiego co nie ma związku z rzucaniem czarów.
Omija Trolle, ale dobrze nie jest.
Nie chce jej się.
A może nie potrafi.
Ciężko stwierdzić gdzie leży przyczyna.
Głupotą nie grzeszy.
.

Odziedziczyła po ojcu starą i pozbawioną imienia sowę.
Jeszcze nigdy nie dostąpiła ona zaszczytu doręczenia jakiegokolwiek listu.
Taki już jej los. 
.

Widziała śmierć.
Widziała jak jej dziadek wiesza się na lampie w przedpokoju.
To było cztery lata temu.
Od tamtej pory potrafi zobaczyć testrale, a nawet jednego wyczarować.
Srebrzystego o delikatnie falującym kształcie.
.

Po raz pierwszy na mnie nakrzyczał. Mottshead. Przynajmniej zrobił to gdy wszyscy wyszli już z klasy. Był wściekły. Twierdził, że powinnam się hamować, że mogę kogoś skrzywdzić. Bał się. Sama nie wiem o kogo bardziej. Ich czy mnie. Mam zbyt dużą moc, ale nie potrafię narzucać sobie limitów. Magia to jedyne co umiem. Tym żyję. 
Nie chcę i nie zamierzam przestawać.
Żuk opada na dno słoika
.

Winona stara się nie afiszować. Siedzi zazwyczaj z dala od wszystkich, wybiera najmniej zatłoczone korytarze, a podczas lekcji zabiera głos tylko wtedy gdy jest to konieczne. Woli żyć w cieniu innych, niedostrzegana, zajęta własnymi sprawami. Ludziom ciężko jednak czasem nie zwrócić uwagi na dziewczynę noszącą wszędzie słoik z zaimpregnowanymi owadami, piszącą sobie po rękach aż do łokcia i potykającą się nawet na prostej drodze. Najtrudniej jest jednak oderwać od Winony wzrok gdy się pojedynkuje. Przeciwnik nie ma znaczenia. Ani jego siła ani determinacja czy nawet użyte zaklęcia. Wszytko to tylko kwestia chwili, chwili, w której z przerażeniem w oczach ląduje on na posadzce. Winona odwraca się i odchodzi, nie ma tu już dla niej nic interesującego. Mimo samych kiepskich ocen z prac pisemnych zawsze na koniec roku otrzymuje Wybitny z Obrony przed czarną magią, Zaklęć i uroków, a nawet co niezwykle rzadkie, z Transmutacji. Na pozostałych przedmiotach idzie jej znacznie gorzej, jednak już zdecydowanie lepiej niż w relacjach międzyludzkich. Winona nie ma pojęcia jak poprawnie interpretować język niewerbalny ani co powinno a czego nie powinno się mówić w niektórych sytuacjach. Będzie bezpośrednia, nie owijająca niczego w bawełnę, bo nikt jej jeszcze nie wytłumaczył, że pewne rzeczy ranią albo zwyczajnie są niestosowne. Sama jest natomiast niezwykle przewrażliwiona na swoim punkcie. Bierze do siebie każdą uwagę, a kiedy ma gorszy dzień rozkłada cudze słowa na czynniki pierwsze i doszukuje się w nich obrazy nawet jeśli nie takie były intencje rozmówcy. Potrafi się jednak cieszyć z małych rzeczy. Drobnych komplementów i uprzejmości. Docenia również momenty, w których los się do niej uśmiecha, daje kolejną szansę. Nawet ukończenie wszystkich codziennych rytuałów sprawia jej satysfakcje. Winona jest bowiem osobą bardzo przesądną i posiadącą całą listę rzeczy, które musi wykonać w taki a nie inny sposób. W przeciwnym razie wierzy, że czeka ją jakieś nieszczęście czy katastrofa. Obwinia się tym samym o wypadek Fredricka, ponieważ tamtego dnia złamała aż trzy swoje rytuały. Wbrew pozorom Winona nie jest osobą ponurą choć zazwyczaj nie okazuje całego posiadanego wachlarzu emocjonalnego. Wewnątrz targają nią burze i huragany, ale i często ogrzewa światło słoneczne. Dziewczyna zwyczajnie nie wie jak wyrazić pewne uczucia, ująć je we właściwe gesty czy słowa. Najswobodniej zachowuje się w obecności profesora Mottsheada, przy którym często się śmieje i żartuje. Jest tym kim mogłaby być gdyby nie jej historia. Gdyby urodziła się w nie tyle "dobrej", co "odpowiedniej" rodzinie.
.

Wokół mnie panuje kompletna cisza. Słyszę tylko bicie własnego serca i równomierny oddech. Właśnie wygrałam kolejny pojedynek i jeszcze nigdy nie czułam się tak silna, tak bliska ideałowi. To wspaniały moment. Chciałabym w końcu się do czegoś przydać, znaleźć sobie duży cel. Wykorzystać swoją moc. Swój nieograniczony potencjał. Uśmiecham się z satysfakcją. 
Triumfuję.
.

Słoik rozbija się na drobne kawałki
Formalina wsiąka w posadzkę

Żuk
zniknął
.

blogger: Cząstki dziwne
howrse: Gaea