poniedziałek, 19 marca 2018

Od Francisa CD Lory

To nie tak że Francis uciekał. Po prostu nie powinno się być świadkiem niektórych rodzai kłótni szczególnie jeśli jest się jedynym facetem w towarzystwie. Przez ostatni tydzień Alma, Nora, Vera oraz Cyan rozmawiały wyłącznie o balu. Nie obyło się więc bez sporów która sukienka leży lepiej i która z dziewcząt zasługuje bardziej na Nolana, szkolnego amanta, a ponieważ Francis sam z siebie nigdy nie opowiadał się po żadnej ze stron sporu, przyjaciółki notorycznie pytały go o zdanie i starały się przekonać do własnych racji. W takich okolicznościach, Francis zmuszony był do wycofania się i przeczekania do czasu balu w najbezpieczniejszym towarzystwie z możliwych - tj. swoim własnym. Niestety Chester chyba nie zrozumiał jego manewru - najpewniej dlatego że o żadnym nie miał pojęcia, co jednak w oczach Francisa wcale go nie usprawiedliwiało - i wybrał sobie akurat ten moment by denerwować się o zwykłe głupstwa. W końcu Francis wcale nie zamierzał powiedzieć dyrektor Chadwick, że Chester handluje w szkole veritaserum i nie spodziewał się, że w związku z tym chłopak otrzyma miesięczny szlaban. Obstawiał już raczej zawieszenie w prawach ucznia na co najmniej dwa tygodnie.
- Ogarnij się, Wyndham - krzyknął Bill i z całej siły popchnął Francisa. - Pieprzony kabel.
- Moment, panowie po co ta agresja. - Francis uniósł ręce w uspokajającym geście, po czym spojrzał na Chestera, który uśmiechał się kpiąco. - Możemy porozmawiać jak dobrze wychowani ludzie i nie w obecności twoich psów? - powiedział wskazując na Billa oraz chłopaka z krzywym zgryzem. - Nie ukrywam, że było by wygodniej i istnieją nawet przesłanki, bardzo zresztą wyraźne, że dogadalibyśmy się oboje. Co ty na to Chester?
- Zamknij się! - Bill nie wyglądał na zadowolonego ze swojej nowej ksywki.
- Dobra - odezwał się chłodny i ostry jak brzytwa głos. Wszyscy spojrzeli w tym samym momencie na kościstego blondyna o dużych szarych oczach, w których inni to tylko mrówki istniejące jedynie po to by można je było rozgniatać. Chester wykrzywił usta w upiornym uśmiechu. - Pogadajmy. 
Bill i chłopak z krzywym zgryzem zrozumieli, że czas się wycofać i bez słowa odeszli na bok.
- Wygląda na to... - zaczął Francis, ale Chester go wyprzedził.
- Nieźle sobie radzisz. Najpierw kłótnia z Finnickiem, teraz ze mną. Za chwilę nikt ci nie zostanie. - Francis zamarł na chwilę, słysząc słowa dawnego przyjaciela. Przyjaciela, tak. Przyjaciela do grobowej deski. Ale to było kiedyś. - W sumie szkoda - kontynuował Chester. - Dyrektorka skonfiskowała mi cały zapas veritaserum i już nie będę ci go mógł więcej sprzedawać. Co jak co, jednak nie sądziłem, że wydasz akurat mnie. Temu komu zawdzięczasz wszystkie informacje, które później upychasz Chadwick. Nie mam racji, Francis? - Uśmiech Chestera stał się jeszcze szerszy. - Przyznaj się, ilu osobom podałeś już veritaserum, co? 
- Daruj sobie - parsknął w odpowiedzi brunet. - Nie wydałbym nikogo przydatnego. Czas się pogodzić z faktem, że twoja nielegalna działalność była do odstrzału.
Chester obrócił się nagle i czymś zainteresowany odszedł kilka kroków dalej. Francis zobaczył drobną dziewczynę z emblematami Rogatego Węża na granatowym mundurku. Przysłuchiwał się chwilę wymianie zdań pomiędzy nią a Chesterem, który jednak po kilku zdaniach ulotnił się obdarzając jednak uprzednio Francisa spojrzeniem mówiącym: Jeszcze cię dopadnę.
Lora. Tak miała na imię dziewczyna, która ostrymi jak brzytwa słowami niemal rozpłatała na pół chudego blondyna. Szkoda tylko, że niemal.
Obydwoje pożegnali się skinieniem głowy i każdy poszedł w swoją stronę, poganiany dzwonkiem oznajmiającym rozpoczęcie się zajęć.
.

Podczas kolacji, Francis czuł, że umiera. Stan ten zawdzięczał Cyan. która zaraz po drugiej lekcji przyczepiła się do niego i wypytywała czy idzie już z kimś na bal. Oczywiście chciała w ten sposób zakomunikować, że ona bardzo chętnie się z nim wybierze. Francis natomiast, zajęty rozmyślaniem jakby tu raz a dobrze pozbyć się Chestera, nieopatrznie i bez wcześniejszego przemyślenia własnych słów rzucił, że owszem, już z kimś idzie. Było to jednak wierutne kłamstwo, którego nie dało się jednak odkręcić nie narażając tym samym na szwank relacji z Cyan. 
Francis musiał więc szybko sobie kogoś znaleźć.
Siedząc więc w Holu starał się wybrać z pośród wszystkich uczennic Ilvermorny, tą jedną z którą mógłby się wybrać się na bal.
Ta za brzydka, ta ma chłopaka, ta jest za głupia, myślał. Tej nie lubi Alma, ta nie, ta nie, ta...
Zatrzymał się nagle i postukał palcami w blat stołu. Podjął decyzję.
- Wyglądasz na weselszą niż rano - powiedział Francis przysiadając się do Lory. - Chestera wyrzucili już ze szkoły? Albo nie czekaj, utopił się, prawda?
Dziewczyna siedząca na przeciwko, z burzą jasnych loków opadający na ramiona, zachichotała cicho.


<Lora?>

niedziela, 18 marca 2018

Od Lory do Francisa

Próbowałam ignorować młodszą dziewczynę, lecz ta nie dawała mi spokoju. Spinałam powoli włosy, ślepo patrząc się w lustro. Audrey usiadła tuż koło mnie, wpatrując się we mnie i jednocześnie próbując mnie pouczyć.
- Nie powinnaś się trzymać na uboczu, życie towarzyskie w Twoim wieku jest bardzo ważne! - Zrobiła poważną minę. Spojrzałam na nią zdumionym wzrokiem. Mimo iż codziennie słuchałam tych samych wykładów, nadal mnie tym zadziwiała. Zaśmiałam się cicho, potargałam ją po głowie i poprawiłam koszulę. 
- Gdyby nie ty, moje życie byłoby łatwiejsze. - Rzuciłam kwapliwie, lecz jak zwykle dostałam w odpowiedzi pełną pretensji, naburmuszoną minę dziewczyny. W duchu cieszyłam się jednak że była tak zawzięta. Uczepiła się mnie, jak rzep psiego ogona. Słyszałam nawet, że niektórzy określają nas mianem przyjaciółek. Żeby nie było że jestem jakąś straszną osobą - tak naprawdę jestem jej cichą opiekunką. Zawsze jej pilnuję, nie ważne w jaki sposób, po prostu czuję się zobowiązana do niańczenia jej. Również teraz - gdy szłyśmy na śniadanie, bacznie ją obserwowałam. Jej długie, jasne loki podskakiwały za każdym razem gdy stawiała krok. Los tak chciał, byśmy obie miały takie same włosy. Tyle że jej były o wiele bardziej kręcone i dłuższe. Wzdychnęłam pod nosem i zajęłam miejsce obok dziewczyny. Śniadanie od początku wyglądało tak samo, więc myślę że nie ma co opowiadać. Jak zawsze, pragnęłam jak najszybciej opuścić to przeludnione miejsce. Wymknęłam się niezauważenie, tak by Audrey nic nie dostrzegła. Najwyraźniej była zbyt zajęta jedzeniem. Zegar wskazywał 8:30. Rozejrzałam się po korytarzu, na którym stało jeszcze paru innych uczniów. To, co zwróciło moją szczególną uwagę, było - jakże by nie inaczej - chłopakiem. Trudno było mi go opisać. Wysoki, a może średniego wzrostu brunet, wydawał mi się znajomy. Głowiłam się i głowiłam, lecz nim się spostrzegłam, obstawiła go trójka chłopaków, może trochę starszych. Jeden z nich, popchnął lekko bruneta, na co ten podniósł ręce w uspokajającym geście. W jednym momencie zalała mnie fala ciepła jak i zimna. Zobaczyłam jego - Wysokiego, chudego i bladego blondyna. Od razu na całym ciele przeszły mnie ciarki i pojawiło się obrzydzenie. Na szczęście nie zapowiadało się na konfrontację z tym jakże odrażającym człowiekiem. Natomiast ten zaszczyt spotkał kogoś innego - właśnie owego, wcześniej obserwowanego przeze mnie chłopaka. Ta sytuacja również nie wyglądała zbyt przyjaźnie, nawet miała charakter lekko agresywny. Przyznam - ciekawość była większa, więc starałam się podejść jak najbliżej, by jednocześnie nie wzbudzić niepotrzebnego podejrzenia. Ku mojemu zdziwieniu, wcześniejsza trójka odeszła szybkim krokiem, szepcząc coś między sobą. Odprowadziłam ich wzrokiem, aż wreszcie zniknęli za jedną z kolumn. Mój wzrok na nowo powędrował w stronę dwóch chłopaków. Wpatrywałam się w ich stronę bardzo uważnie, próbując wyłapać jakiekolwiek słowo, lecz nic z tego. Natomiast poczułam, że ktoś łapie mnie za talię. Szybko obkręcona, ujrzałam chłopaka, który wcześniej popchnął bruneta. 
- Czegoś tu szukasz, czy przypadkowo tak patrzysz w tamtą stronę? - Złapał mnie mocno za rękę i wycedził pokazując głową w stronę mojego wcześniejszego obiektu zainteresowań. Szybko się wyrwałam i spojrzałam na niego nieprzyjemnym wzrokiem.
- A ty piszesz książkę, czy z policji jesteś? - Odpowiedziałam równie oschle, jak on. Ku mojemu niezadowoleniu, blondyn - Chester, zainteresował się zaistniałą sytuacją. Podszedł do nas, krzywiąc się na mój widok. Otworzył usta by coś powiedzieć, lecz wyprzedziłam go. Nie mogłam przegrać tej potyczki słownej.
- Oh proszę proszę, panicz Chester zmienił nawyki i teraz gnębi swoją płeć. Mam rozumieć że zmieniłeś preferencję? Ostatnio coś nie widuję Cię z dziewczynami. - Rzuciłam mu wyzywający wzrok. 
- Czyżbyś zazdrościła mi gustu? Bo widzę że tego jak zwykle Ci brakuje, nadal oglądasz się za najgorszymi. - Skrzyżował ręce i odwzajemnił mi wzrok. Uśmiechnęłam się lekko na te słowa.
- Pragnę zauważyć że w tym momencie obraziłeś sam siebie. Chyba nie zapomniałeś co nas kiedyś łą.. - Brnęłam coraz głębiej, lecz blondyn szybko podniósł rękę w geście uciszenia. Dobrze widziałam że nie miał zamiaru kontynuować tej skromnej konwersacji. Machnął na mnie ręką i odszedł z resztą. Złapałam się za pobolewający nadgarstek i zorientowałam się że brunet wszystko obserwował. Podeszłam do niego.
- Jakbyś miał z nim problem, zawsze chętnie pomogę. Mam na niego parę haków, a sam przysporzył mi sporo problemów. Więc jeśli chcesz, możesz mnie kiedyś zaczepić. - Machnęłam mu ręką gdy odchodziłam. Momentalnie się zatrzymałam, jakbym o czymś zapomniała. - Lora. - Powiedziałam do niego, i gdy odpowiedział ciche, lecz śmiałe "Francis", uśmiechnęłam się lekko. Lekcje już powoli się zaczynały.

<Francis?>

OGŁOSZENIE #2

Zgodnie z tradycją, 24 marca odbędzie się Bal Wiosenny.

Zostanie on oficjalnie rozpoczęty podniosłą mową Pani Dyrektor Josephine Chadwick o 19:00 i potrwa do późnych godzin nocnych. Oprócz tańca w szkolnym Holu, przewidywane są liczne konkursy i występy, przygotowane zarówno przez uczniów jak i profesjonalnych artystów, którzy na ten czas odwiedzą Ilvermorny.
Dyrekcja uprzejmie prosi wszystkich młodych czarodziei o zachowanie umiaru oraz zdrowego rozsądku.
Strój odświętny jest obowiązkowy.



Opowiadania opisujące wydarzenia rozgrywających się podczas Balu można publikować od 18.03 do 01.04. Dodatkowo:

  • Jeśli opowiadanie choć w 1/3 opisuje Bal liczba punktów podwaja się - tz. że jeśli ktoś napisał ponad 1000 słów to zamiast otrzymać punktów 80, dostanie ich aż 160.
  • Jeśli na Bal pójdzie się z postacią należącą do innego członka bloga (za obopólną zgodą), dom otrzymuje dodatkowe 30 punktów niezależnie od ilości słów użytych w opowiadaniu.

Miłej zabawy,
Administracja

czwartek, 15 marca 2018

Od Winony, CD Dirka

obliviate.
Obliviate.
Obliviate.
Winona potrząsnęła energicznie głową starając się tym samym uspokoić spienione fale myśli. 
- Znalazłaś już coś? - odezwał się nagle jakiś głos. Dziewczyna uniosła wzrok i napotkała pytające spojrzenie wciąż bladego jak ściana, Dirka obładowanego ciężkimi tomami.
Ostatnie godziny spędzili w bibliotece ślęcząc nad stertą książek o magicznych stworzeniach i przeczesując całe rozdziały poświęcone istotom potrafiącym zmieniać kształt, ale żaden opis nie pasował do tego co spotkali w podziemiach szkoły.
W ciągu ich poszukiwań, Parrish dał kilka razy subtelnie znać, że nie podoba mu się obecność dwóch wagarowiczów, jednak kiedy zrozumiał, że nie zamierzają wrócić na lekcje mimo jego uprzejmych próśb, rozsiadł się za swoim biurkiem i tylko zerkał na nich ukradkiem z irytacją wymalowaną na twarzy.
- Nie, tu nic nie ma. - W powietrze wzbił się tuman ciężkiego kurzu, gdy Winona z impetem zamknęła czytaną jeszcze chwilę temu, książkę. Dirk zakaszlał głośno i opadł na krzesło obok dziewczyny. Oczy mieli oboje nieco spuchnięte, a Winona wyczuwała nawet pod powiekami drobny piasek. Nie spała dobrze przez ostatnie dni, jakby jej organizm przeczuwał, że to stworzenie wciąż gdzieś grasuje po szkole i tylko czeka by móc kogoś dopaść i rozszarpać.
- Może poszukamy w archiwach szkoły? - zaproponował Dirk.
- O, tak na pewno ktoś zostawił tam notatkę o krwiożerczej bestii z lochów, która wcina skrzaty, żeby każdy uczeń mógł sobie przeczytać o...
- Mam! - krzyknął nagle Dirk i wstał tak gwałtownie, że Winona z donośnych hukiem, spadła ze swojego stołka uderzając przy okazji plecami o stojący obok stół. Przed oczami zatańczyły jej czarne plamki. - Oj, przepraszam. - Pomógł dziewczynie wstać, po czym pognał jak na złamanie karku do Parrisha. - Potrzebuję dostępu do ksiąg zakazanych. - Wyrzucił z siebie, uderzając z impetem o biurko mężczyzny, w którego oczach zapłonęła żądza mordu.
- Za takie zachowanie mogę ci co najmniej załatwić tygodniowy szlaban, Gently - wysyczał.
- Chyba pan nie zrozumiał, to dla nas sprawa życia i śmierci. Najpierw książki, a później może znajdziemy oboje tak z trzy dni na szlaban. Albo może nawet i ze cztery, no nie wiem.
- Gently! - krzyknął Parrish.
- Nie wiem jak będzie z tym testem z transmutacji, a raczej wolałbym się na niego dobrze przygotować.
- Gently! - powtórzył nauczyciel.
- Tak dam panu znać do wtorku, najpóźniej do środy.
Nim Parrish zdążył na dobre stracić swoją cierpliwość i zatłuc Dirka jednym z grubych tomów leżących na jego biurku, Winona wtrąciła się do rozmowy, o ile tę wymianę zdań w ogóle można było takim mianem określić.
- Potrzebujemy książek o magicznych istotach, najlepiej jakiś niebezpiecznych.
Nozdrza Parrisha falowały gniewnie, ale żar wściekłości palący się w jego oczach nieco przygasł.
- A po co wam to? O ile dobrze wiem oboje nie rozszerzacie opieki nad magicznymi stworzeniami.
Zapadła chwila okropnej ciszy wciągu, której Winona i Dirk popatrzyli na siebie z przerażeniem. Co mieli mu niby powiedzieć? Że po szkole biega dziwna istota zajadająca skrzaty? Że to oni ją wypuścili? Nie, już dawno wykluczyli taką możliwość. Nie mogli o tym powiedzieć żadnemu nauczycielowi.
- My... - zaczął niepewnie chłopak.
- Mojego ojca coś zabiło. Jakieś dziwne stworzenie. - Parrish i Dirk obdarzyli Winonę tym samym zdziwionym spojrzeniem. - Chciałabym się w końcu dowiedzieć co to było.
Twarz mężczyzny gwałtownie spoważniała. Odchrząkną znacząco, poprawił marynarkę i jeszcze raz popatrzył na dwoje wagarowiczów.
- Niestety, ale nie dysponuję takimi książkami. Profesor Willoughby trzyma je wszystkie u siebie i rozdaje uczniom z rozszerzenia jeśli zajdzie taka potrzeba. Musicie się więc zgłosić do niego. Może wam pomoże.
Winona i Dirk gwałtownie zbledli.
.

- Chodziło głównie o to że sklątka tylnowybuchowa chyba troszkę boi się zaklęcia aquamenti nawet jeśli jest rzucone przypadkowo i w nią nie skierowane. Chociaż gdyby w podręczniku była o tym jakaś wzmianka to pewnie uważałbym bardziej, a nasz drogi pan profesor nie musiałby hodować sobie nowych brwi - tłumaczył gestykulując z przejęciem, Dirk. Wyszli już z biblioteki i kierowali się właśnie w kierunku dormitoriów. - I tak oto ja i Willoughby nie darzymy siebie nawzajem szczególną sympatią, chociaż w sumie to ja go wciąż lubię, on natomiast mnie już niekoniecznie. 
- Tylko pozazdrościć - skwitowała Winona drapiąc się po karku. 
- A ty nie możesz do niego pójść żeby zapytać o te książki?
- Cóż, nie wiem czy gdybym była nauczycielem to pożyczyłabym coś tak cennego, wagarowiczowi. - Winona zaczerwieniła się nieco. - Opuszczałam każdą możliwą lekcję ONMS.
- Aha, rozumiem. - Dirk niespodziewanie się zatrzymał. - Czyli znów jesteśmy w dupie.
- Wciąż możemy wypytać skrzaty w kuchni, ale ja nie wiem jak do niej trafić.
- Tak się składa, droga koleżanko, że właśnie rozmawiasz z kimś kto wie. - Dirk mrugnął do niej porozumiewawczo i ruszył w przeciwną stronę. - Proszę za mną. 
.

Gdy tylko przekroczyli próg kuchni - ukrytej za lustrem niedaleko klasy do historii magii - wszystkie skrzacie pary oczu zwróciły się wprost na nich. Zamarła głucha cisza, aż nagle jedno ze stworzonek wrzasnęło na całe gardło:
- To Dirk Gently! 
Skrzaty jak na rozkaz chwyciły za różnego rodzaju patelnie, talerze i chochle, a któryś stojący nieco z tyłu usiłował nawet podźwignąć koślawy taboret, po czym stworzenia stanęły w bojowym szyku chroniąc suto zastawiony stół.
- Miło was znowu widzieć - powiedział Dirk szeroko się uśmiechając.
- Złodziej - krzyknął jeden ze skrzatów ubrany w pozszywane ze sobą rękawice do pieczenia.
- Jaki znowu złodziej. Raz w pierwszej klasie zabrałem wam kilka babeczek dyniowych - bronił się Dirk.
- Złodziej i kłamca - nie ustępowało stworzenie.
- No dobra, w drugiej przyszedłem jeszcze po ciasto, ale naprawdę byłem strasznie głodny. To mi uratowało życie, przysięgam.
- Kłamca! - wrzasnęła skrzatka tłukąc z wściekłością drewnianą łyżką w głowę sąsiada.
- To już przecież wszystko - zarzekał się chłopak.
- Dirk - Winona położyła mu rękę na ramieniu. - Może ja będę mówić, co?
- Jak sobie chcesz, ale jak cię oskarżą o coś czego nie zrobiłaś to nie moja wina.
- Potrzebujemy waszej pomocy i nie jest to w żaden sposób związane z jedzeniem jakie przygotowujecie, a raczej z jedzeniem jakim wy się stajecie dla czegoś co grasuje po szkole. - Głos Winony drżał lekko, ale wiedziała, że musi mówić. Skrzaty były ich jedyną nadzieją.

<Dirk?>

środa, 14 marca 2018

Od Dirka, cd. Winony

Zanim na ścieżkę padł cień, rozległ się odgłos lekkich, szybkich kroków na bruku. Bieg. Dirk odwrócił się od podłużnych śladów na rozmokniętej ziemi i spojrzał z nieskrywanym zdumieniem na zbliżającą się w jego stronę Winonę, której włosy podskakiwały z każdym krokiem.
-Skrzaty, Dirk! Z kuchni znikają skrzaty!
Chłopak wciągnął gwałtownie powietrze. Winona dotarła do niego i zatrzymała się z lekkim poślizgiem. Jej oczy były rozszerzone, a oddech szybki i płytki. Sprawiała wrażenie głęboko poruszonej, co najwidoczniej udzieliło się Dirkowi.
-Myślisz, że ktoś usłyszał tę historię o karmelkach? Nie chciałem nikomu zaszkodzić.
-Że co? Nie, Dirk, posłuchaj. - Złapała go za ramiona zmuszając Dirka, do spojrzenia sobie w oczy. Spojrzał niepewnie na zaciśnięte dłonie, a potem skrzyżował spojrzenie z Winoną.
-Yates ma kota, ogromnego jak pies, czarnego. - Nie mogła powiedzieć czegoś, czym jeszcze bardziej zbiłaby chłopaka z tropu. niósł brwi, przechylił głowę i pozwolił, by niepewny uśmiech błąkał się po wargach
-Pozostaje mu tylko gratulować.
Winona wydała z siebie całkowicie usprawiedliwiony jęk ulatującej cierpliwości. Czy to pod wpływem owego dźwięku, czy też może nagłego olśnienia, Dirk zbladł gwałtownie. Świadomość, że cokolwiek widzieli na korytarzu okazało się niegroźnym pupilkiem nauczyciela zielarstwa zmusiła go do powieżeniu znacznej części swojego ciężaru na dziewczynie. Zaschło mu zupełnie w ustach i chwilę musiał zastanowić się, co powinien zrobić w takiej sytuacji.
-To oznacza... - Nie musiał mówić więcej, bo oboje doskonali znali prawdę, która zaciążyła na nich jak kamień wrzucony do wody. Cokolwiek widzieli wtedy w podziemiach. Cokolwiek wydawało ten dźwięk nadal był w Ilvermorny.

▫

Szli w stronę biblioteki. Choć może bardziej do ich tempa pasowałoby określenie bieg. Lekkie, pośpieszne kroki i łopot szat były jedynymi dźwiękami, które rozbrzmiewały w opustoszałym korytarzu. O tej godzinie większość uczniów zajmowała powoli swoje miejsca przy stołach w Holu żartując i wymieniając się uwagami. Winona i Dirk byli jedynymi uczniami, bądź jednymi z niewielu, którzy wydawali się nie zważać na zegar wybijający nieśpiesznie porę posiłku. Czy spodziewali się znaleźć w informacje na temat żądnej krwi istoty zamieszkującą zapomniane przez los i czarodziei podziemia pięciusetletniej szkoły – bardzo wątpliwe. Szukali jakichś odpowiedzi, chociaż nie znali pytań. Co we dwoje mogli tak właściwie zrobić? Spróbować schwytać to coś, czymkolwiek było? Nawet gdyby udałoby im się wyjść z tego bez ofiar, gdzie mieliby go ukryć? Na jak długo?
Ze stalową determinacją w oczach patrzyli przed siebie i być może to sprawiło, że nie zwrócili uwagi na panikę panującą na obrazach. Zaczarowane postaci nakreślone farbami olejnymi biegły przez swoje płótna w przeciwną stronę niż w tę, w którą kierowali się Winona i Dirk, i czym prędzej znikali za ramami sąsiednich obrazów. Jednak nim korytarz zakręcił rozległ się ten dźwięk.
Brzmiał jak rozdzierane na kawałki mięso, drące się powoli włókna z mokrym chrzęstem. Odgłos brzmiał jak ten z podziemi, nie, to był ten odgłos z podziemi – co do tego nie było wątpliwości –, ale teraz nie dobiegał zza ich pleców, ale z korytarza, którego odnoga kryła się tuż za zakrętem. Dirk wydał z siebie nieokreślony dźwięk i heroicznie uczepił się rękawa Winony, która odruchowo wyciągnęła różdżkę. Obrzydliwy dźwięk narastał. Jakby w każdej chwili na przeciwległe ścianie mógł się pojawić cień. Ale tak właściwie cień czego? Każdemu rozdarciu towarzyszył kolejny szurający krok, jakby z każdym jardem to coś zdzierało z siebie tkanki i odrastało je na nowo.
Dirk zrobił krok w tył, ciągnąc za sobą Winonę. Cokolwiek kryło się za rogiem, bynajmniej nie chciał tego oglądać.
Niespodziewanie korytarz wypełnił jeszcze jeden dźwięk, na który chłopak i dziewczyna poczuli lodowate dreszcze przechodzące wzdłuż kręgosłupów. Śmiech i rozmowy.
Coś za ścianą też zamarło, bo dźwięk rozdzieranego mięsa zamarł. Istota nasłuchiwała.
Trójka uczniów zbliżała się z korytarza na wprost Dirka i Winony. Chłopak ich nie rozpoznawał, ale wyglądali na trzecioklasistów. Ich twarze rozjaśniał uśmiech, a w rękach nieśli stos babeczek dyniowych podwędzonych z Holu. Zza zakrętu dobiegły odgłosy węszenia. Tamci nie mogli tego słyszeć.
Dirk w osłupieniu patrzył, jak uczniowie spokojnie zbliżają się do odnogi korytarza. Z każdym krokiem coraz bliżej. Czuł, że jeśli dotrą do zakrętu, wejdą prosto w stwora. Chłopak musiał coś zrobić, ale miał wrażenie, że stopy wtopiły się w posadzkę. Czy trzecioklasiści nie widzieli wyrazu twarzy Winony i Dirka? Próbował krzyknąć, ale nie potrafił wydobyć z siebie dźwięku.
Odgłos przypominający zgrzyt czegoś ostrego o kamień. Wybicie się.
-Drętwota!
Głos Dirka był zachrypły i zabrzmiał piskliwie. Okna odbiły błysk czerwone światła, które uderzyło w trzecioklasistów. Odrętwiałe ciała nie zdążyły dotknąć ziemi, zanim z bocznego korytarza wypadło coś.
Było wysokie. Czarna skóra z ziejącymi ranami prześwitująca między kępkami czegoś na kształt włosów. Długie nogi z kolanami wygiętymi w odwrotną stronę. I pazury, które zostawiły głębokie rysy w kamieniu, gdy stwór odbił się i ruszył w stronę nieruchomych uczniów.
Błysk światła. Zaklęcie uderzyło w zgarbione plecy istotę, która poślizgnęła się i przetoczyła po podłodze. Gdy się odwróciła, spojrzenie czarnych, pełnych nienawiści oczu padło na Winonę. Dziewczyna stała z ręką dzierżącą różdżkę wyciągniętą przed siebie. Jej oczy płonęły. Osiągnęła swój cel; odciągnęła uwagę potwora od trzecioklasistów. I skierowała ją na nich.
-Reducto!           
Lampa obok głowy stwora rozpryznęła się na drzazgi. Istota wydała z siebie skiałczący odgłos. Chwilę później marmurowy cokół poszybował w jej stronę, odpychając ją na ścianę. Przeszywający wizg wypełnił korytarz. Dirk skulił się, przyciskając dłonie do uszu. Dźwięk jednak urwał się równie nagle, co rozległ, pozostawiając po sobie głuche dzwonienie w głowie. Chłopak wyprostował się niepewnie i zerknął w stronę Winony. Dziewczyna wyglądała na całą, wzrok miała wlepiony w coś po drugiej stronie korytarza. W nagłym impulsie paniki Dirk podążył za jej spojrzeniem w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą wiła się przerażająca istota. Ale przestrzeń między ścianą, a cokołem była pusta. Poczuł zimną gulę przerażenia gdzieś na wysokości grdyki.
-Co teraz? - zapytał, ale zabrzmiało to słabo. Krew nadal pulsowała mu w uszach i ledwie słyszał własny głos.
-Chyba trzeba tu posprzątać, zanim zejdzie się tu cała szkoła. Chłoszczyść.
Drobne kawałki kamienia posłusznie wróciły na swoje miejsce. Cokół nieśpiesznie przesunął sie pod ścianę. Skruszony tynk znikł.
-Winona?
-Tak?
Chłopak wpatrywał się pilnie we własne dłonie, jakby zaraz miały się tam pojawić odpowiedzi których szukał. Daremnie. Skóra pozostawała taka sama, jak zwykle. Sucha i naznaczona cienkimi rysami blizn. Wreszcie podniósł wzrok i ze zmarszczonymi brwiami spojrzał na dziewczynę.
-On zmieniał kształt, prawda? Dlatego wydawał się taki... niedokończony. Dlatego słychać ten dźwięk.
-Nie wiem. - westchnęła, ale coś w jej głosie kazało mu przypuszczać, że też nad tym myślała. - Cokolwiek to jest... lepiej, żeby nie trafiło na nikogo więcej. I musimy ich odczarować.
Z tymi słowami machnęła niedbale różdżką w stronę nieruchomych trzecioklasistów.
<Winona? :V >

Od Winony, CD Finnicka

- Prawie pół godziny spóźnienia. To żenujące, Prescott - rzuciła mocno poirytowana Winona na widok nadchodzącego Finnicka. Był zdyszany, a po zsiniałych ustach i mocno zaczerwienionych dłoniach, dziewczyna szybko zorientowała się, że musiał spędzić trochę czasu poza zamkiem, najpewniej zabawiając się ze swoimi znajomymi. 
- Dyrektor Chadwick czy to pani? Wygląda pani dzisiaj jakoś młodziej. Może nowa fryzura? - Finnick uśmiechnął się delikatnie. - Przepraszam, ale naprawdę, gdyby nie pani słowa w życiu bym pani nie rozpoznał.
- Daruj sobie. - Winona przewróciła oczami i weszła do Audytorium.
- Też się cieszę, że cię widzę, Winnie - mruknął Finnick idąc w ślad za dziewczyną.
Następne dwie godziny spędzili na ostatnich poprawkach scenariusza prezentacji oraz ćwiczeniu końcowego pojedynku, który miał podsumować wszystkie wcześniej omawiane kwestie i stanowić punkt kulminacyjny pokazu. Mimo, że przeprowadzali go już chyba po raz setny, nie potrafili trzymać się planu. Któreś zawsze rzuciło o kilka zaklęć za dużo i tak pojedynek wymykał się z pod kontroli i zamiast trwać mniej więcej minutę, zajmował ich aż piętnaście.
Tym razem również nie potrafili się powstrzymać.
- To już jutro - powiedział Finnick siadając na parapecie okna i odgarniając włosy z twarzy.
- Jakbym nie wiedziała - odburknęła Winona nawet na niego nie patrząc.
- Jesteś wkurzona bardziej niż zazwyczaj. Stresujesz się, co? - zapytał z nutą uszczypliwości w głosie.
- Jeśli koniecznie chcesz wiedzieć to tak. - Winona odwróciła się i nawiązała kontakt wzrokowy z Finnickiem. Widziała, że kąciki ust zadrgały mu lekko, gdy dostrzegł jej rumieńce nie będące pozostałością po stoczonym przed chwilą pojedynku. - Nienawidzę występów publicznych, rozumiesz? Cholernie nienawidzę. Jestem przerażona.
Winona zebrała swoje rzeczy i wyszła z Audytorium nie czekając na reakcje Finnicka. Nie chciała wiedzieć co sobie o niej pomyślał.
.

Następnego dnia rano, Mottshead czekał już na nich pod salą z wygiętymi w szerokim uśmiechu, ustami.
- No patrzcie, nie pozabijali się nawzajem - rzucił z przekąsem.
- Starałem się panie profesorze, ale ona jest chyba niezniszczalna - odpowiedział mu beztrosko Finnick.
- Czytałem wasz plan prezentacji i nie mam żadnych zastrzeżeń. Spisaliście się. - Mottshead klasną w dłonie. - Dobra, w takim razie skoro jest Prescott z jego humorem i idąca jak na skazanie, Breckenridge, to myślę, że możemy zaczynać. Widownia już na was czeka.
Winona otworzyła szeroko oczy.
- Ale mieliśmy teraz wszystko panu zaprezentować, a nie tak od razu... - Wnętrzności dziewczyny skręciły się gwałtownie. - Ja nie dam rady.
Mottshead chciał coś powiedzieć, ale Finnick go uprzedził.
- Wszystko będzie dobrze, Winnie. - Dziewczyna uniosła głowę i napotkała spokojne spojrzenie pary piwnych oczu. Zupełnie nieoczekiwanie poczuła się jak małe i słabe dziecko, które dopiero uczy się chodzić. Wiedziała jednak, że ktoś stoi tuż za nią. Ktoś kto nie da jej upaść i zrobić sobie krzywdę.
Finnick uśmiechnął się delikatnie.
- Idziemy? - zapytał.
Winona pokiwała tylko głową wciąż będąc oszołomiona tym spojrzeniem. Nigdy nie był jeszcze dla niej tak miły.
.

Dzieci zgromadzone w Audytorium od razu poderwały się z miejsc by lepiej zobaczyć nowo przybyłych. Przepychały się między sobą, chichotały i wymieniały uwagami.
Mottshead powiedział coś i nagle wszystkie odgłosy umilkły, a uczniowie z powrotem usiedli. Wówczas Finnick zaczął coś z zapałem tłumaczyć, natomiast Winona zorientowała się, że nie słyszy słów, a tylko to przysłowiowe coś. Zlepek sylab zmieszany z biciem serca i szybkim oddechem. Twarze dzieci zaczęły jej się zlewać w jeden wielki twór o tysiącu par oczu, wciąż otartych i wciąż wyczekujących rozrywki. Była zwierzęciem w cyrku, które musiało zabawiać publikę. Musiała tańczyć jak jej zagrają. 
Winona wbiła sobie paznokcie w rękę i starała skupić na tym co mówił Finnick, ale nie potrafiła. Nie potrafiła wychwycić nawet słowa z pomiędzy szumu jaki wypełniał jej głowę. To była prawdziwa tortura. 
Kiedy Winona myślała, że zaraz ucieknie z Audytorium znowu to zobaczyła. Znowu te same piwne oczy co wcześniej. Niespodziewanie jej ciało zaczęło się samo poruszać, a ręka uniosła różdżkę. Rzuciła zaklęcie, a chłopak je odbił. Wiedziała, że otworzyła usta, żeby wypowiedzieć inkantację, ale nie usłyszała własnych słów. Nie słyszała również kolejnych, które opuściły struny głosowe i wyleciały na zewnątrz. Finnick spojrzał na nią zdziwiony, ale szybko się uśmiechnął z wyraźną ulgą.
Winona nie miała pojęcia co się właściwie dzieje. Mówiła, rzucała zaklęcia, a wszystko w idealnej synchronizacji z Finnickiem. Działali jak dobrze naoliwiona maszyna. Jak jeden organizm. Dziewczyna musiała rzucić nawet jakimś żartem, bo widownia wybuchła nagle śmiechem, a Mottshead spojrzał na nią wzrokiem nieco zdziwionym, ale wciąż jednak pełnym podziwu.
Końcowy pojedynek poszedł po raz pierwszy zgodnie z planem. Zaklęcia śmigały w powietrzu rozgrzewając emocje uczniów do czerwoności. Kiedy odbito ostatnie zaklęcie rozbrzmiały wiwaty, ale Finnick szybko uciszył je unosząc ręce do góry. Została jeszcze jedna rzecz.
Winona szepnęła coś do chłopaka jednak ten pokiwał tylko głową, po czym srebrzyste smugi wystrzeliły z ich różdżek, a widowni odebrało mowę.
Testral, ramię w ramię ze smokiem, przeleciał nad głowami oniemiałych uczniów. Dopiero chwilę po zniknięciu partonusów rozbrzmiały takie wiwaty, że szyby w oknach zdawały się drgać. Winona w końcu odzyskała słuch, co skwitowała tylko westchnieniem ulgi.
- No nieźle. Udało się nam - stwierdził Finnick szeroko się uśmiechając. Chyba nigdy nie widziała go tak zadowolonego.
.

Jeszcze półgodziny po prezentacji, uczniowie pchali się do nich i zasypywali pytaniami głównie o patronusy i istniejącą czy też nie, dziewczynę Finnicka. Kiedy w końcu ostatnie z dzieci zniknęło za rogiem, pojawił się Mottshead.
- Wybitny. I jeszcze raz Wybitny - powiedział wskazując najpierw na Winonę, a później na Finnicka. - To wszystko. Macie talent. I tak Prescott wiem, że już to milion razy słyszałeś od tych uczennic łącznie z propozycjami matrymonialnymi. - Mottshead uprzedził otwierającego już usta, chłopaka. - Ale uważam, że warto wam to powtarzać, bo naprawdę jest ku temu powód. Chciałem jeszcze powiedzieć, że ten żart o zaklęciach rozbrajających był naprawdę świetny, Breckenridge. - Mrugnął do niej i odszedł.
- Podzielam zdanie Mottsheada - odezwał się nagle Finnick. - Nie sądziłem, że umiesz opowiadać kawały.
- Ja też nie - wykrztusiła Winona. Po raz kolejny zapadła między nimi cisza. Patrzyli tylko na siebie niepewnie zastanawiając się które powinno zacząć, ponieważ to był koniec ich wspólnego projektu. Koniec współpracy.
- Słuchaj. - Głos Finnicka był jakiś dziwnie słaby i odległy. - Dzięki, że zaproponowałaś ostatecznie żebyśmy jednak darowali sobie pokazywanie patronusów. To było miłe.
- Dzięki - odparła niepewnie.
- W takim razie... Cześć? - Finnick ewidentnie się zmieszał.
- Cześć - powtórzyła Winona i każde z nich poszło we własną stronę.
Dziewczyna czuła, że coś ciąży jej na sercu, ale zacisnęła tylko mocniej zęby i przyśpieszyła kroku. Nie było już do czego wracać.


<Finnick?>

Lora Kravchenko

We've fucked up.
——————————————
———————————————
16.01
—
Rogaty Wąż
—
Wydra
—
Wiśnia|Szpon hipogryfa|10 cali
—
fretka
—
piąty rocznik
———————————————

Kim jestem? Nie wiem. Oceniać nas mogą tylko ludzie - ludzie wartościowi. A co, gdy nie otacza Cię nikt wartościowy? Jesteś nikim. Jesteś nikim - dla społeczeństwa. A dla siebie? 


Dla siebie jestem Lora.


Logiczne w takiej sytuacji więc, że jednak nie mówię prawdy i wiem kim dla siebie jestem. Niestety to nie takie łatwe - wiem tylko jak się nazywam i ile mam lat. Człowiek to zwierzę. Zwierzę napompowane emocjami, przekonaniami i różnymi dziwnymi pojęciami, których i tak raczej nigdy nie pojmie.


Myślę że właśnie dlatego mogę nazwać się człowiekiem.

Bywają dni w których mam ochotę uśmiechać się do wszystkich. Mam wtedy dziwne wrażenie że mogę wszystko - że świat nie jest wcale zły. Są to zdecydowanie dobre dni. Dla mnie dobre dni mają wiele znaczeń. Oprócz powyżej wymienionych przykładów, mogę dodać że takie dni wiele dla mnie znaczą. Z ponurej dziewczynki, wyrosłam na optymistyczną, już prawie, kobietę. Jak to się stało? Nadal zadaję sobie to pytanie - matka natura jest nieprzewidywalna. Potrafi zrobić coś z niczego.



I właśnie od tego się zaczęło.


Gdy się urodziłam, byłam niczym - bo co może takie niemowlę? Byłam podatna na najbliższe mi osoby, bo to przecież one pozwoliły mi się rozwinąć. Na początku było trudno. Jak teraz pomyślę że kiedyś mogłam tylko spać, leżeć i jeść, to aż mam ochotę wrócić do tamtych czasów. Oczywiście nie chciałabym wyjść na osobę leniwą, ale przyznajmy się szczerze - w każdym jest odrobinę lenistwa, czyli czegoś, co zwalczyłam już gdy miałam możliwość postawić pierwsze kroki. Pierwszą wyrobioną, a może wrodzoną, cechą była właśnie zawziętość. Dopiero później przerodziło się to w bardziej zaawansowane stadium - pracowitość. Szczerze, rodzina bardzo dużo dla mnie znaczy. Jednak mimo wszystko tworzenie nowej rodziny od początku jakoś mnie nie kręci. Wiadomo - mam dopiero 17 lat.


Gra w pozory.


 Życie byłoby piękniejsze gdybym w każdej sytuacji była sobą. Najwyraźniej wymieszanie genów w moim przypadku nie było zbyt rozważne. Jeżeli znasz mnie jeden dzień i naprawdę uważasz mnie za osobę wartościową, lub ktoś kto przypadkowo wymienił ze mną parę zdań powiedział Ci o mnie coś pozytywnego - lepiej niech tak zostanie. Z doświadczenia wiem, że na początek wypada udawać niewinną, szczęśliwą i nie skrzywdzoną przez złych ludzi dziewczynkę. Dlaczego? Są duże szanse że ludzie potem nie będą się Tobą interesować, ze względu na brak wyróżniania się spośród innych uczniów. Potem zaczynają się pewne komplikacje. Dochodzi sarkazm i nietypowe poczucie humoru, co w całości niszczy początkową reputację. Pojawiają się pewnego rodzaju dogryzki. Jednak nie ma to na celu jakoś specjalnie urazić innych. Myślę że ludzie nie mają dystansu do siebie, więc to jak to interpretują, to już ich problem. Ja po prostu jestem sobą. To nie znaczy jednak że nagle mam wszystko w dupie i pokazuję jaką to buntowniczką jestem. Odwrotnie - mój upór przejawia się wtedy jeszcze bardziej. Szczerze myślę że to dobra cecha - umieć walczyć o coś. Że w ogóle wie się o co się walczy. 
Raczej bywam konformistką. Skuteczna obserwacja ludzi doprowadziła mnie do wniosku, że czasem jednak warto być oportunistą. Czy ktoś na tym ucierpi? Nawet jeśli tak, to co? Każdy dba o swój tyłek, takie czasy. Potyczki słowne z ludźmi, to chyba jedna z moich ulubionych rozrywek. Niezależnie czy ma negatywne tło, czy druga osoba też podchodzi do tego z dystansem - zawsze tak samo bawi. Najbardziej lubię patrzeć jak moje słowa kogoś zawstydzą. Przyznaję - czasem lubię użyć podtekstu, lecz ani trochę nie żałuję. Zawsze jestem otwarta na szczerą dyskusję.. Jednak ile rzeczywistej szczerości w tym będzie to już inna sprawa. Cechą, która pokazała się u mnie w późniejszych latach życia, jest opanowanie. Doświadczyłam już że im bardziej dasz się sprowokować, tym więcej stracisz. Niby proste, a jednak nie każdy jeszcze doszedł do takiego wniosku. Unikam ludzi naiwnych. Ludzi, którzy nie potrafią właściwie używać swojej główki. Rozumiem że może też nie zawsze najlepiej mi to idzie, lecz chociaż jakiś podstawowe zachowania i zwroty znam. Co nie znaczy że czasem sama nie bywam małą chuliganką. Można nawet powiedzieć że jestem małą fanką przemocy - przemocy, która działa dobrze na człowieka. Mały sadyzm.

No cóż by tu powiedzieć - rozdwojenie, roztrojenie, a może i większa wielokrotność jaźni. Typowa nastolatka. Oczywiście nie wspominając o osobach, u których występuje to jako zdiagnozowana choroba. Aczkolwiek nie taki straszny diabeł jak go malują. Jeżeli w grę wchodzi coś poważniejszego, nie będzie dla mnie trudnością zebranie się do kupy i pokazanie że jednak potrafię być wartościowym osobnikiem. Owszem - umiem spróbować kogoś obronić. Umiem spróbować zrobić coś tak, by ktoś inny miał z tego pożytek. Umiem stać się przyjaciółką. Umiem wszystko. Tylko po co? Najważniejszym stworzeniem w jej życiu do tej pory jest Grimm.
1
2
Intrygujące że mały futrzak może od tak zastąpić Ci wszystkich przyjaciół. To nie tak że jestem aspołeczna. Po prostu nie mam potrzeby zadawać się z kimś, kto nie wnosi nic wartościowego do mojego życia. To też nie znaczy że jestem samolubną egoistką.. aż tak bardzo. Wiadomo, każdy ma trochę dobrych i złych cech. A ja?
Ja po prostu nazywam się Lora
I tyle co w skrócie musisz o mnie wiedzieć. 





  

howrse: Sosik112